Dobrego złego początki, czyli pierwsze dni w pracy >> sobota, 3 maja 2008 00:08:31
Notka napisana dość dawno temu. Może co nieco się różnić od poprzedniej w stylu - ciekawym dość mocno czym konkretnie, jeśli coś ktoś zauważy. Korzystając z rezerwy notek na Vadima wracam do pracy nad dziejami Tamary.
* * *
Rano dzielnie więc stawiliśmy się na miejscu pracy. No cóż, nie zapowiadało się ciekawie, pieniądze też marne, ale trudno o łatwiejszą pracę, jak dla mnie przynajmniej. Nasza zmiana obejmowała dzień, nocą zajmował się kto inny. Rozeszliśmy się po posesji, każde w inny obszar. Pierwszą osobę zatrzymałem już po piętnastu minutach. Był to chłopak, w wieku lat może ośmiu. Wydawał się zdziwiony, że ktoś go zatrzymuje.
- Czy orientujesz się, że wstęp na tą posesję jest zakazany? – wyglądał na wystraszonego i nie wiedział co powiedzieć.
- Nie wolno skracać sobie drogi przez ogród burmistrza.
- Ale ja... – nadal nie wiedział co powiedzieć.
- No żeby mi to było ostatni raz. – pogoniłem go ruchem ręki. Przecież nie będę łapał ośmiolatków. Mnie tu kazali pilnować, a nie stresować dzieci.
Minęło kilkadziesiąt minut i kilku przyłapanych „przechodniów”. Każdego przeprowadzałem pilnując, żeby szedł grzecznie ścieżką, bo na odstawianie do tego ponuraka u burmistrza nie miałem ochoty. Nagle usłyszałem rżenie konia i okrzyk.
- Hej, Vadim! – za murem, na ogromnym rumaku, siedział Dor. Nawet ja, znający się na koniach jak na szydełkowaniu, mogłem ocenić, jak wspaniały ogier mu się trafił.
- Niezły rumak!
- Wiem! Miałem wyruszyć rano, ale coś tam się opóźniło. Postanowiłem więc zajrzeć do was – szef powiedział, żebym, skoro mamy dzień zwłoki, poznał dobrze konia! – postawił wierzchowca dęba i pojechał.
Po parunastu minutach dobiegł mnie nagle podniesiony głos Delii – poszedłem więc zobaczyć kogo przyłapała. Obszedłem dom dookoła i zobaczyłem jak tłumaczy coś na oko siedmioletniej dziewczynce. Podszedłem jeszcze bliżej i usłyszałem koniec perory łuczniczki.
- ... przez ogród burmistrza.
- Ale mamusia powiedziała… że … że burmistrz to idiota. We łbie mu się poprzewracało, że postawił tę ruderę na środku drogi, jełop skończony. – chyba powtórzyła dokładnie to co usłyszała od mamy. Na takie dictum Delia machnęła zdziwiona ręką i powiedziała do dziewczynki.
- To... to idź, ale prędko żeby cię nikt nie widział.
Roześmiałem się ze zdziwienia Delii, ta po chwili także wybuchła śmiechem. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo i wróciłem na swój odcinek pracy. Znowu minęło parę godzin i paru przepuszczonych przechodniów i zaczęły przechodzić mi do głowy różne dziwne pomysły, które z nudów postanowiłem zacząć wcielać w życie. Pierwszą ofiarą, która nadeszła był jakiś krasnolud.
- Obawiam się, że wkroczył pan na teren wzbroniony dla osób nieupoważnionych.
- Bo ktoś postawił mi chałupę na środku drogi!
- Nie mają tu znaczenia intencje budowlane mojego pracodawcy. Wstęp wzbroniony i już.
- Ale stoi na drodze. Jak inaczej mam się dostać do wieży?
- Mimo wszystko ma pan okazję obejrzeć piękny ogród, a przyjemność taka kosztuje jedynie dwie sztuki srebra. A więc idzie pan do wieży maga?
- Ach, wygadałem się. – uśmiechnął się. – Tak i ten ogród mnie nie interesuje!
- Niezależnie od tego przejście kosztuje dwie sztuki srebra. – mówiłem cały czas spokojnie, tonem, który określiłbym jako „negocjacyjny”.
Tu mój rozmówca już się zdenerwował, odwrócił się i poszedł mamrocząc coś pod nosem.
Nagle usłyszałem za sobą „Pyk!”. Bez namysłu odpaliłem Pykpyka w kierunku odchodzącego maga.
– Trzeba było od razu mówić, że kolega po fachu!. – zawołałem. Na to on obrócił się i też odpowiedział.
– Trzeba było od razu mówić, że kolega po fachu!
Zdjęliśmy wzajemnie z siebie klątwy i przepuściłem go, mówiąc:
– Droga wolna, proszę iść.
Życzyliśmy sobie wzajemnie miłego popołudnia i znikł po chwili za murem otaczającym posesję.
Drugą rzeczą o której pomyślałem, był fakt, że chyba najbardziej wartościową rzeczą w tym ogrodzie była ta nie dająca mi spokoju muchołapka – poszedłem więc i otoczyłem ją polem zaklęcia Alarm. Wprawdzie jak ktoś wejdzie w obręb działania czaru to jedynie w środku słychać głośne okrzyki mające obudzić śpiących, ale liczyłem że spłoszy to potencjalnego wandala. Ale ona interesowała jedynie chyba tylko mnie, bo do końca wieczora nic ciekawego się nie wydarzyło. Poczekaliśmy więc na nocną zmianę i poszliśmy do karczmy w której umówiliśmy się z Gatarelem i opiekującym się Gandim Dorem – „Pod przypaloną pieczenią”. Trochę jeszcze pobłądziliśmy po mieście, ale w końcu udało się nam ją znaleźć. Już z zewnątrz słychać było skrzypce – widocznie Gatarel dawał występ. Weszliśmy więc i faktycznie elf siedział pod kominkiem i grał, z głębi duszy, że tak powiem, z zamkniętymi oczyma. Gandi leżał zasłuchany u jego stóp, a Dor siedział przy stoliku nieopodal nad w połowie wypitym piwem. Oprócz skrzypiec, w karczmie panowała kompletna cisza, mimo iż było tyle ludzi, że znalezienie wolnego stolika było niemożliwe. Podeszliśmy więc i przysiedliśmy się do Dora. Gandi na nasz widok szturchnął nosem nogę Gatarela, który otworzył oczy, rozejrzał się, zobaczył nas i zakończył pięknym pasażem swój występ. Chwilkę panowała cisza, poczym rozległy się oklaski i dźwięk monet wpadających do futerału. Będąc wciąż pod urokiem gry barda, nawet Dor zaczął grzebać po kieszeniach. Gandi podbiegł do mnie, wziąłem go na ręce.
- Witaj piesku. – polizał mnie po policzku. Gatarel też ruszył w naszym kierunku, uśmiechnął się do karczmarzówny za barem, posłał uśmiech mijanej kelnerce, wyszczerzył się do publiczności, po czym podszedł do nas i usiadł.
- I jak w pracy? - zapytał
- No nudna ta robota jest, ale parę ciekawych rzeczy się wydarzyło. Opowiedz o dziewczynce, Delia.
Łuczniczka lekko się uśmiechnęła i starając się wiernie powtórzyć jej słowa, opowiedziała historyjkę. Wszyscy wybuchli śmiechem. Ja dołożyłem swoją o starciu magów. Jedynie Kornowi nic ciekawego się nie przydarzyło. Łącznie przepuściliśmy ponad dwadzieścia osób.
Przypomniało mi się jednak o bieżących zmartwieniach, czyli o noclegu. Myślałem już o tym trochę w czasie pracy. Mieliśmy dwa wyjścia – wynająć na miesiąc parę pokoi w karczmie lub poszukać prywatnych kwater, co mogłoby się okazać tańsze.
- Jak rozwiązałeś problem swojego zakwaterowania? - zapytałem więc Gatarela.
- Zobacz ilu tu ludzi. Póki gram, mam pokój darmo. Myślicie o was? Poczekajcie tu chwilę. – wstał i znowu obdarzył uśmiechem kelnerkę i zamienił słówko z karczmarzówną, która wpuściła go na zaplecze. Wyszedł stamtąd po chwili i wrócił do nas.
- Trzy sztuki srebra za jeden pokój dla Delii i większy dla was. No i mnie. – powiedział.
- To razem dziewięćdziesiąt za miesiąc. Taniej chyba nigdzie nie będzie – zgodziłem się. – Bierzemy.
W międzyczasie pojawił się i Lief. Usiadł ciężko na krześle i zaczął od narzekań.
- Ja nie dam rady! Czy wiecie ile to jest roboty? Ja tylko umiem trochę gotować.
- Nie trochę, tylko bardzo dobrze – sprostowałem – a o to tu przecież chodzi.
- Wcale nie! Czy wiecie czym się różni kucharz od szefa kuchni?
- Wiemy – spokojnie powiedział Gatarel. – Szef kuchni pilnuje, żeby każdy przyrządzał czy też gotował co do niego należy, czasem coś przyprawia, zarządza podziałem pracy...
- ...ustala menu – dodałem.
- No właśnie! – krzyknął Lief. – Ja nie dam rady!
- Przesadzasz, Lief. – spokojnie wtrąciła Delia. – Będzie dobrze.
- No właśnie – poczułem się w obowiązku trochę go znowu wesprzeć - Tak naprawdę idea jest prosta. Jak coś gotujesz sam, jest dobrze. Jest i już. Jeśli ktoś inny coś upichci, sprawdzasz jak smakuje. Jeśli twoim zdaniem przyrządzone jest lepiej niż sam byś zrobił, czego się nie spodziewam, nic nie mówisz i dorzucasz szczyptę soli, lub czegoś tam, ale tak małą żeby nie popsuć smaku, możesz ewentualnie kiwnąć głową. Jeśli smakuje w miarę jak według ciebie trzeba, rzucasz jakąś uwagę, w stylu, że to nie przyświątynna garkuchnia i mówisz, że jednak ostatecznie może być, jeno na drugi raz ma się postarać. Jeśli jednak uważasz, że gdybyś ty to robił byłoby lepsze, urządzasz kuchcikowi smażenie na wolnym ogniu, na przykład poprzez wypowiedzenie się, co myślisz o tej potrawie, która według ciebie smakuje raczej jak zrobione z jakiegoś wybranego zwierzęcia. Cała sztuka polega na tym, żeby znać dużo gatunków stworzeń i dozować ich obrzydliwość wedle tego, jak bardzo spieprzono potrawę. Jeśli naprawdę smakuje jak pomyje, albo bardzo starannie dobierasz stworzenie, albo każesz wylać, nie dodając ani słowa ponad samo polecenie.
- Muszę to sobie zanotować... – mruknął Gatarel, ubawiony setnie, nie wiem czym. Lief za to patrzył na mnie jakoś tak... podejrzliwie z jednej strony, z drugiej zaś, gdy doszedłem do wylewania, jakoś ze strachem.
- No co się szczerzysz, wierszokleto? W ten sposób rzecz sprowadza się do tego, że wytwory kuchni w której rządzi dany szef, smakują wprost proporcjonalnie do jego własnej umiejętności gotowania, tylko że sam nie musi machać nożykiem nad kartoflami. I wszystko gra.
- Doprawdy, głęboka teoria. – powiedział z emfazą bard. Dobrze udaną, muszę przyznać.
- Gdzie jutro wyruszasz, Dor? – zmieniłem temat, wiedząc, że z nim ciężko mi będzie wygrać na słowa... choć swoje wiedziałem.
- Do Phalliar. Będzie z dwa i pół dnia drogi. Za pięć dni będę więc z powrotem.
- Na tym koniu wyrobisz się w cztery dni.- zauważyłem.
- No niby tak, ale wolę dołożyć sobie trochę rezerwy. Na, wiecie, różne nieprzewidziane okoliczności.
Karczma wciąż była zapchana.
- Czy grasz tutaj bo jest pełno ludzi, czy jest pełno ludzi bo grasz tutaj? – zapytałem Gatarela.
- Chyba to drugie. Liczę, że będzie z kilkanaście osób którym przedwczoraj powiedziałem, że pojutrze będę grał tutaj. – rozejrzał się po sali – Rozpoznaję przynajmniej siedem. – uśmiechnął się.
Dopiliśmy piwo, popocieszaliśmy jeszcze trochę Liefa i poszliśmy do pokoi. Kolejnego dnia „złapaliśmy” też ponad dwadzieścia osób które chciały skrócić sobie drogę przez ogród burmistrza, ale nie stało się nic ciekawego. Ot, trochę dorosłych i dzieci, którym napędziliśmy swoimi osobami trochę stracha. Znowu rzuciłem Alarm na kwiatek, ale nikogo nie zainteresował. Czy tylko mi się podobał? Delia się ze mnie trochę śmiała, jak zażartowałem, że jak już wyrzucą nas z tej roboty, to wykopię sobie ten kwiatek i będę go woził na wózeczku w doniczce.
Trzeci dzień naszej pracy był wyjątkowo bogaty w, że tak je nazwę, ofiary. Do południa złapałem już prawie dziesięć osób. Chciałem już iść do Korna i Delii, żeby zapytać czy po ich stronach też tak dużo osób przechodzi, kiedy zobaczyłem ładną, młodą dziewczynę. Szła dość niespokojnie się rozglądając i aż prawie podskoczyła kiedy zastąpiłem jej drogę.
- Czy panienka wie, że wstęp tutaj jest wzbroniony?
- Przepraszam... – powiedziała spłoniona – Ale ja... zgubiłam tutaj książkę.
- Gdzie? Kiedy? – zapytałem zdziwiony, gdyż z jej słów wynikało iż już tu była, a ja jej nie zauważyłem.
- Przechodziłam tędy przed chwilą. Kiedy... kiedy przechodziłam przez mur jeszcze ją miałam, a gdy chciałam przejść przez mur po drugiej stronie, zauważyłam że jej nie mam. I z czego ja się będę teraz uczyć? – dodała, bliska łez. Mam jednak miękkie serce.
- No dobrze, pomogę panience ją poszukać. Najprawdopodobniej wypadła przy przechodzeniu przez murek. – powiedziałem.
- Nie, tam już sprawdzałam.
- A jak ta książka wyglądała?
- Była czerwona, bordowa powiedziałabym nawet i... i była oprawiona w skórę ze złotymi okuciami.
- No to poszukajmy jej wzdłuż ścieżki.
Rozglądaliśmy się przez chwilę, po czym przyszło mi do głowy, że warto zapytać specjalisty od szukania. Wyciągnąłem więc medalion, obróciłem go do dziewczyny. – Zobacz jakie ładne dziewczę. – obróciłem medalion do siebie. – Czy byłbyś łaskaw powiedzieć mi, gdzie jest jej książka?
- Pod krzakiem. – padła odpowiedź
- Pod którym?
- A to już wasza sprawa.
Jak na niego to i tak powiedział dużo, więc zabrałem się za przeszukiwanie krzaków. Dziewczyna wyglądała na zdziwioną, słysząc moją rozmowę z medalionem. Zjawił się Korn.
- Co robicie?
- Szukamy jej książki, jest pod którymś z krzaków.
Wpadłem na kolejny pomysł – zamiast grzebać się i schylać, zacząłem wkładać rękę w krzak i rzucać Przywołanie na potencjalnie leżącą tam książkę. Oczywiście zaklęcie nie działało, jeśli nie było tam książki, a ja nie liczyłem się z możliwością, że znajdę w ten sposób inną. W pewnym momencie, przy którymś z kolejnych krzaków, poczułem że zaklęcie zadziałało, ale nie miałem książki w ręku. Coś nie wypaliło. Rzuciłem zaklęcie jeszcze raz, ale książki wyraźnie już tam nie było.
- Hm. – mruknąłem. Nagle Korn krzyknął i rzucił się na dziewczynę przewracając ją. Już chciałem Przywoływać młot, w myślach wirowało mi kilka wariantów niebezpieczeństwa od dość normalnej, przynajmniej na szlaku, strzały zza żywopłotu, po ujawnienie się demona dotychczas zamaskowanego pod postacią dziewczyny, ale po chwili zorientowałem się co się stało. Książka spadła ze sporą prędkością w miejsce gdzie stała przed chwilą jej właścicielka, wbijając się wręcz w ziemię.
- Ups. Przepraszam. – poczułem się zakłopotany. To był niezły niewypał. Korn wstał i pomógł jej wstać.
- Nic się nie stało. – powiedziała dziewczyna uśmiechając się wdzięcznie. – Przynajmniej książka się znalazła. Bez niej nie wiem co bym zrobiła. Ale widzę, że pan jest magiem. Czy w tym medalionie jest demon? - zainteresowała się.
- Tak mi się wydaje – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, gdyż od samego początku wolałem nie dochodzić co siedzi w tym medalionie. – A czy panienka nie szła przypadkiem do wieży maga?
- Nie, wracałam właśnie stamtąd. A tak w ogóle mam na imię Eva.
- Ja jestem Vadim, a to jest Korn.
- Jak mogę się panom odwdzięczyć?
- To nic takiego. Nie musisz nic robić.
- Ale bardzo mi pan pomógł. Już wiem.
Otworzyła książkę, przewertowała ją i podała mi otwartą. Przeczytałem „Ryba”, pod tym był opis i napisana runami esencja. Przeczytałem początek opisu – czar umożliwiający oddychania pod wodą. Już chciałem się zgodzić, kiedy spojrzałem na Korna. Patrzył na mnie z dezaprobatą – to zmieniłem front.
- To za dużo... ale może po prostu wymienimy się? W zamian... w zamian zaproponuję Kalosze.
Odruchowo spojrzała na moje stopy.
- To takie zaklęcie, też z grupy tych „wodnych”.
- Ale pewnie to jakieś dla zaawansowanych? – zmartwiło się dziewczę.
- Nie, nie, to zaledwie drugi poziom. Umożliwia chodzenie po wodzie.
- Hm, słyszałam, że wczoraj ktoś tańczył w fontannie... –
- Wymiana oczywiście pod warunkiem, że nie będzie panienka wykorzystywać tego zaklęcia do zarabiania pieniędzy tańczeniem po wodzie. – wpadłem jej w słowo.
- Nie, nie umiem tańczyć. – roześmiała się. Zabraliśmy się więc za przepisywanie zaklęć.
Nagle za moimi plecami rozległo się ciche, wesołe szczeknięcie. Odwróciłem się, myśląc że ujrzę Gandiego, ale za mną stał jakiś mały, podobny do niego, tylko że brązowy, piesek. Gandi, czyli mały, biały i nieco kudłaty, stał obok.
- A to jest Gandi.
Przedstawiony szczeknął wesoło, po czym zaczął próbować coś wyszczekać. Po chwili zaczynało to brzmieć nawet jak jego imię...
- Hau iik... haui... khaui... khauindi...khaundi...khandi.
Nie wychodziło mu to jednak za bardzo. Słychać było że jego struny głosowe nie są przystosowane do artykulacji w naszym tego słowa zrozumieniu. Szczeknął ponuro.
- Nie martw się Gandi, nie musisz mówić, żeby cię inni rozumieli – pocieszyłem go. – Poza tym jesteś mały i wiele się jeszcze możesz nauczyć. A tak w ogóle to skąd się tutaj wziąłeś?
Gandi w odpowiedzi wzniósł się o kilka centymetrów w górę – jedyny mag który waży na tyle niewiele, żeby, będąc na pierwszym poziomie, móc podnieść się za pomocą czaru Telekineza. – A więc przeleciałeś przez mur? A twój kolega? – brązowy piesek też uniósł się w powietrze o kilka centymetrów, zapiszczał i rozpaczliwie zamachał łapkami. Gandi postawił go na ziemię. Zerknąłem na Evę. Stała zdziwiona, z oczami wielkości złotych monet. Gandi też zerknął na nią i zrobił swoją standardową minę numer jeden – małego słodkiego pieska. Dziewczyna się rozpłynęła...
- Ale on słodki... mogę go pogłaskać?
- Pewnie – odpowiedziałem za Gandiego.
Pogłaskała go. W tym momencie jej bransoletka rozświetliła się lekko niebieską poświatą.
- On jest magiczny! – wykrzyknęła zdumiona.
- A i owszem. – uśmiechnąłem się.
- A co to za bransoletka? – zapytałem zaciekawiony.
- To taki mój wykrywacz magii. – dotknęła mojej ręki i znów się zaświeciła.
Przyjrzałem się jej bliżej. Gandi też podleciał na wysokość ręki Evy i powąchał bransoletkę.
Wyglądało to na metal, którego pełno widzieliśmy w Dakkar. Tylko, że tamten nie świecił po zetknięciu się, na przykład ze mną. Zaintrygowało mnie to.
- A skąd masz tą bransoletkę?
- Dał mi ją mój mistrz.
- Ten który rezyduje w tutejszej wieży?
- Nie, mój mistrz i ja tylko go odwiedziliśmy.
- A długo jeszcze będziecie w Ralowen?
- Nie wiem, to zależy od mistrza. Może jeszcze kilka dni, może jutro wyruszymy dalej. Nie wiem.
W międzyczasie pojawiła się i Delia. Gandi zaczął się natomiast bawić w najlepsze. Okrążył kilka razy mnie i Evę, po czym zaczął chodzić tylko na tylnych łapkach, podtrzymując się czarem. Nagle niemal zarył w ziemię przednimi – Telekineza mu się skończyła. Szczeknął zdegustowany i rzucił ją ponownie. Znowu zaczął paradować na tylnych łapach. Eva obserwowała jego popisy z uśmiechem, kiedy nagle spojrzała na słońce.
- Ale się zagadałam! – stwierdziła. – Muszę już biec. Do zobaczenia! – i pobiegła. Ja zaś zwróciłem się do Gandiego.
- Tak naprawdę, to zwierzęta też mają zakaz wstępu na tę posesję. – Gandi przekrzywił łepek i spojrzał na mnie pytająco. Poprawiłem się – Na ten ogrodzony murem teren. Idź się pobaw gdzieś indziej albo pogadaj z kolegą – wskazałem na brązowego psa. Gandi spojrzał na mnie urażony i wyszczekał coś co przetłumaczyłem na „To nie na moim poziomie”. Potem wyszczekał jakieś dłuższe zdanie, którego jednak nie zrozumiałem ani w ząb. Sięgnąłem więc po medalion. Ten bez pytania przetłumaczył.
- Czy ogrodzony teren, na którym jest dużo trawy i poziome oraz pionowe kamienne płyty to też jest posesja?
Po chwili zajarzyłem.
- Nie Gandi, to się nazywa cmentarz.
Gandi szczeknął pytająco.
- Pytasz co to jest cmentarz?
Potwierdzające szczeknięcie.
- To takie miejsce, gdzie pochowani są ludzie... martwi ludzie. No zresztą nie tylko ludzie, elfy i krasnoludy też, ale że to ludzkie miasto, to na tym akurat większość to jego dawni mieszkańcy.
Zdanie zakończone pytaniem, którego jednak nie zrozumiałem. Zwróciłem się więc do demona, który przetłumaczył.
- A po co?
- Żeby ich ciała mogły wrócić do natury, do ziemi, skąd się wzięły.
Pytające szczeknięcie, znowu niezrozumiałe – lokator medalionu wyjaśnił.
- To czemu nie są pochowani na przykład w lesie.
- Bo chcą, żeby w ten sposób inni mogli o nich pamiętać.
Szczeknął zrezygnowany.
- Jesteś jeszcze młody – zauważyła Delia. - Kiedyś zrozumiesz. Jest jeszcze dużo trudnych słów, których możesz się nauczyć. Na przykład dyskryminacja, albo rynek zbytu.
Gandi szczeknął ponuro.
- No dyskryminację postaram ci się dzisiaj wytłumaczyć, z rynkiem będzie trochę gorzej – obiecała.
Gandi szczeknął wesoło.
- No właśnie, dość tego. Zmykaj smyku, i zabierz ze sobą kolegę, zanim was tu ktoś zauważy. Zobaczymy się wieczorem.
Gandi szczeknął coś do drugiego psa i pobiegły. Do końca dnia nic ciekawego już się nie wydarzyło, poza oczywiście paroma osobami, które chciały skrócić sobie drogę. Potem minął znowu kolejny nudny dzień, wieczorem wrócił Dor, zmęczony ale i zadowolony z siebie.
Spałem sobie, kiedy coś mnie obudziło. To był Gandi, który wskoczył na mnie i cicho szczekał. Rozejrzałem się i już chciałem łapać za młot, ale nic się nie działo. Piesek po prostu postanowił mnie obudzić.
- Co się stało, smyku?
Szczeknął z lekka żałośnie.
- Spać nie możesz i się nudzisz?
Potwierdzenie.
- To może pójdziemy na spacer? Albo porzucamy patykiem?
Gandi niepewnie rozejrzał się po pokoju.
- No nie tutaj, pójdziemy na dwór.
Nagle Dor cicho krzyknął przez sen i zerwał się do pozycji siedzącej. Zobaczył mnie siedzącego na łóżku.
- Obudziłem cię? – spytał.
- Nie, Gandi mnie obudził. Chce iść na spacer. Miałeś zły sen?
- No. Tak konkretnie, to mnie zabili. Chyba pójdę z wami.
Ubraliśmy się i poszliśmy. Przedtem jednak wyjąłem z plecaka pręt i wyczarowałem sobie patyk.
Doprawdy nie rozumiem, co psy widzą takiego interesującego w aportowaniu patyka, ale Gandiemu bardzo się to podobało. Rzuciłem po raz kolejny patyk w boczną uliczkę i Gandi przyniósł tym razem coś innego, mianowicie sztylet. Sztylet wyglądał absolutnie zwyczajnie. Powiedzmy, że był to sztylet który przeciętny sprzedawca, podałby mi w przeciętnym sklepie, gdybym poprosił go o przeciętny sztylet. Dla mnie jednak w tym sztylecie było coś znajomego. Kojarzył mi się z Anarinem. Na dodatek, na sztylecie widoczne były ślady krwi, pobiegłem więc natychmiast w tą uliczkę. Znaleźliśmy tam ślady krwi na ścianie. W świetle tamtej „rozmowy” z Gandim w lesie pod Feugo, spodziewałem się znaleźć samego Anarina, więc te krwawe plamy nie wróżyły najlepiej.
- Szukaj Anarina, szukaj Gandi.
Gandi coś odszczeknął. Nie zrozumiałem go jednak, więc sięgnąłem po medalion.
- Mówi że to bardzo stary zapach – przetłumaczył demon. Kiedy chowałem medalion usłyszałem jeszcze jak mówił – Kurde, chyba się przekwalifikowuję.
To mnie uspokoiło. Jako że odeszliśmy już kawałek od gospody, postanowiliśmy wracać.
Następnego dnia rano, gdy wszyscy już wstaliśmy i zbieraliśmy się każdy do swojej pracy, przyszedł szef Dora z nowym zleceniem. Wychodziliśmy już kiedy Dor zaczął się o coś z nim kłócić. Nie słyszałem o co, ale chyba nie chciał wyjeżdżać z kolejną paczką. Minął kolejny dzień, nudny jak poprzedni, sprowadzający się tylko do poganiania przechodzących, żeby szybciej to robili, póki nikt nie widzi i faktycznie, wieczorem zastaliśmy Dora w karczmie. Nie pytałem go nawet czemu został, domyślałem się, że chodziło o ten sen. Wszystko to bardzo przypominało mi Anarina.
Tak na pracy minęły jeszcze trzy kolejne dni. Siedzieliśmy wieczorem w karczmie, kiedy przyszedł znowu szef kurierów. Przysiadł się do naszego stolika bez słowa i siedział tak w milczeniu, zbierając się aby coś powiedzieć.
- Skąd wiedziałeś? – zapytał nagle Dora. – Kurier nie żyje...
- ... a paczka została zrabowana – uzupełnił pytany. – Nie wiem, miałem po prostu takie przeczucie.
- Ale skąd?
- Utalentowani miewają czasem takie prorocze sny.
- Utalentowani?
Dor w odpowiedzi wyczarował przed nosem swego pracodawcy lodową kulę.
- Aha. No i wszystko jasne. – szef kurierów powiedział to jakoś bez przekonania. Ale dla mnie tłumaczyło to wiele – te wszystkie sny Anarina... To nie tylko sny z przeszłości mogły sprawiać, że czuł się tak podle, również przyszłość mogła go prześladować w nocy.
- Wracasz więc do pracy? – zapytał Dora.
- Wracam. – ten uśmiechnął się w odpowiedzi.
I tak minął kolejny dzień. Lief znowu wrócił późno z kuchni, zmęczony – chyba jego praca była najcięższa spośród naszej szóstki. No i ten ciężar odpowiedzialności...
Rano wszyscy ruszyliśmy do pracy. Znałem już chyba każdy kamyk i krzaczek po swojej stronie ogrodu. Po południu byłem już tak znudzony, że wpadłem na kolejny stuknięty pomysł. Mianowicie postanowiłem rzucić czar Alarm na ten fragment ogrodzenia, przez który przechodziło najwięcej osób. Wprawdzie tylko oni słyszeliby te krzyki, ale liczyłem że wystraszeni zrezygnują z przejścia przez ogród. Zaczaiłem się nieopodal, chcąc zobaczyć efekt czaru; notabene musiałem rzucić ich aż trzy, żeby objąć zaplanowany przeze mnie obszar. Po pół godzinie ktoś zaczął gramolić się przez mur. Nie takiej reakcji się spodziewałem, gdyż włażący do ogrodu nie tylko nie zrezygnował, ale zaczął plugawie kląć. Ubrany był w skórzaną kurtkę i spodnie, na milę śmierdział przeciętnym opryszkiem. Wylazłem więc spod krzaka i zaszedłem mu drogę.
- Wlazł pan na teren prywatny. Proszę go opuścić. – powiedziałem sugestywnie uderzając w lewą dłoń młotem trzymanym w prawej.
- To twoja robota te całe wrzaski? – zapytał ochrypłym głosem, wyciągając długi nóż.
- Proszę schować to ostre narzędzie, bo jeszcze się nim skaleczysz.
- A ktoś tu zaraz połamie sobie palce młotkiem.
Zza muru dobiegło wołanie.
- Z kim tam gadasz Bolo?
- A taki jeden kurdupel tutaj podskakuje! – odwrzasnął oprych.
Przez mur zaczęło się gramolić trzech podobnie wyglądających typków. Wszyscy byli ode mnie wyżsi o jakieś pół metra, więc postanowiłem też ściągnąć posiłki.
- Korn! Delia! – zawołałem. Zjawili się zanim tamci doszli. Korn był jednak od nich wyższy i szerszy w barach, zauważyłem mimochodem. Zanosiło się na rozróbę, której wynik mógł być tylko jeden, no chyba, że któryś z nich był magiem, ale naprawdę trudno było o kogoś wyglądającego mniej magicznie niż te typki, nawet wśród skalnych trolli. No i wreszcie moglibyśmy pochwalić się ponuremu z domu burmistrza jakimś łupem. Stało się jednak inaczej. Za murem pojawił się Gatarel. Przeskoczył przez niego zgrabnie.
- Wpadłem zobaczyć jak wam idzie praca, ale widzę tu jakąś rozróbę. Co się dzieje?
- A nic, jakieś typki wkroczyły na teren posesji.
- Może by panowie stąd wyszli – zasugerował opryszkom. Oni na to zrobili w tył zwrot i pobiegli do murku, wołając – Tak. Oczywiście. Już idziemy.
Rozpoznałem to zaklęcie – Entuzjazm. Rzeczywiście bardzo przydatny bardowi. Delia i Korn prawie chórkiem za to zapytali. – Co jest?!
Gatarel wyjaśnił:
- To takie zaklęcie. Każdy na kogo je rzucę spełnia moje najbliższe oczekiwanie z ...
- ... niespotykaną motywacją. – wpadłem mu w słowo.
- No właśnie – zgodził się bard, dając mi chociaż ułamek satysfakcji, że nie miał tym razem ostatniego słowa.
- Fajne i przydatne. - zauważyła Delia. – Można wykorzystywać to do zbierania pieniędzy, nie? Rzucasz na tłum i sugerujesz aby wsparli biednego grajka.
- No nie bardzo – zaoponował elf. – To nieetyczne. Sprzeczne z pojęciem godności zawodowej – uśmiechnął się - Poza tym wystarczy, żeby jedna osoba przełamała urok i mnie zlinczują.
Ponieważ zaczęło się już zmierzchać, zdaliśmy nasze posterunki i poszliśmy razem „Pod przypaloną pieczeń”.
komentarze [3]Krasnolud poszukuje pracy, najlepiej lekkiej a dobrze płatnej. >> wtorek, 15 kwietnia 2008 02:47:04
Yay, poniżej miesiąca :)
      * * *
Obowiązki Liefa zdawały się przedstawiać bardzo prosto. W zasadzie czekały go, jak dla mnie przynajmniej, nudne tygodnie w kuchni. Miał nauczyć czego potrzeba i zgrać przez ten czas przydzieloną mu kuchenną załogę, pokazując owo zgranie wydając kilka pomniejszych bankiecików w domach miejscowych notabli, którzy niechybnie postanowili skorzystać z nadarzającej się okazji błyśnięcia towarzysko. „Wiecie, że zanim przygotował ten bankiet dla księcia zapewniał oprawę moim przyjęciom” – pewnie takie plotki pokutować miały w okolicy jakiś czas, oczywiście jeśli Lief popisze się u kresu swego zadania. Czyli na pewno. Nasz plan też skomplikowany nie był. Bierzemy co się trafi, żeby tylko koszt pobytu się zwrócił i tyle.
Najważniejszym punktem tegoż planu był Wurn, bez rekomendacji nie mieliśmy co liczyć na pracę lekką, łatwą a przyjemną, nie wspominając o tym, że od ręki. Zaraz po omówieniu niezbędnych spraw udałem się więc do gildii, gdzie spodziewałem się jeszcze go zastać. Dla kupców Wybraniec był kataklizmem szczególnym – kiedy inni tracili dalekich krewnych, czy dawno nie widzianych przyjaciół, oni tracili kontrahentów i klientów. To w końcu ludzie wymyślili przysłowie, iż „bliższa koszula ciału” i określenie „siódma woda po kisielu” – więc daleki krewny był powodem do zadumy, ale kontrahent najwyraźniej już do rwania włosów z głowy. Z mapy szlaków miasta ubywały powoli, ale skutecznie, i taka znikająca kropka na karcie papieru dla kupców była prawdziwym dramatem. A żyć przecież trzeba dalej, a to oznacza, że trzeba mieć za co. Kiedy zwykli mieszczanie cieszyli się, że nie na nich trafiło, za ich plecami kupcy martwili się jak właśnie owym mieszczanom zapewnić dalszą egzystencję.
Nie zdziwiło mnie, że gdy odpowiedziałem na pytanie klerka, z kim chciałbym rozmawiać, ten przewrócił oczyma i mruknął, że czcigodny kupiec Wurn może będzie wolny w przyszłym tygodniu i że może skontaktować mnie z jego sekretarzem, abym umówił się na jakiś wolny termin. Minutę później chłopak biegł już po kupca – ludzie wprawdzie uczą się szybko, ale kopiując od nas swój system ekonomiczny, biurokracji nie opanowali jeszcze w takim jak my stopniu. Za to, co najwyraźniej u nich uchodziło za zaporę nie do przejścia, u nas młodszy urzędnik zarobił by od pryncypała w ucho lagą i kopniaka w rzyć... na do widzenia. Może właśnie nie opanowali jeszcze tych subtelnych, a jakże ważnych, metod szkolenia personelu.
Kiedy więc zjawił się Wurn i mnie zobaczył, entuzjastycznie zaciągnął mnie od razu przed zatroskane grono swych kolegów po fachu, abym przedstawił minione wydarzenia z mej perspektywy, która jak stwierdził była daleko bardziej dokładna od jego własnej. Fakt, na samo wspomnienie bezdennych głębin oczu Przeklętego – jednocześnie pałających przerażającym światłem i emanujących ciemnością, wiszących tuż przed moją twarzą, zadrżałem w środku. Kiedy odpowiedziałem na wszystkie pytania, debata starszych cechu powoli przerodziła się w kłótnię i mogłem spokojnie wyklarować Wurnowi z czym przyszedłem. Bez zastanowienia odpowiedział:
- W Ralowen Gildia trzyma rękę na pulsie wszystkiego interesującego, a to oznacza też wszystkie intratne oferty zatrudnienia. W końcu rynek usług jest tak samo ważny jak sam handel, ale co ci będę tłumaczył. Jeśli tylko ktokolwiek, szuka kogoś takiego jak wy, lub ktoś z was – albo jest jakaś praca, która bym wam prawdopodobnie pasowała, dziś wieczorem jeszcze będę o tym wiedział wszystko. Przyjdź do mnie jutro, choćby i z samego rana, będę na pewno coś miał, nie wierzę, żeby w mieście w ogóle nie było pracy, choćby trzeba było syna radnego z synekury wycyckać.
Słysząc to poczułem się normalnie jak w rodzinnym mieście. Fakt, ludzie jednak uczą się szybko. O ile szlachta nie wiadomo dlaczego upodobała sobie wszystko co elfie, od wypacykowanych fryzur po siki zwane wybornym winem, to mieszczanie sięgnęli po lepsze i praktyczniejsze wzorce.
- Dzięki, panie Wurn. Interesy z panem to przyjemność.
- Ha, nigdy nie udało mi się wynająć do lepszej roboty lepszych ludzi, niż was na tą wyprawę. To jest, ludzi i krasnoluda. Ach, Anarin jeszcze – ochroniarzy w każdym razie. – roześmiał się zakłopotany.
Trochę posmutniałem na wspomnienie o elfie.
- Jeszcze raz dziękuję – przyjdę więc jutro.
Nie chciałem w ten dość długi dzień roboczy zajmować mu więcej czasu. Wspominał coś o dzieciach w czasie podróży, a jak znam życie to pewnie nawet nie miał okazji do domu zajrzeć. Wróciłem więc do mojej gromadki.
Jeśli myślicie, że zastałem huczną popijawę, mylicie się głęboko. Wszyscy leżeli plackiem na łóżkach. Po wielu dniach na szlaku widok normalnej sypialni nieodmiennie rozkładał każdego obieżyświata, pozbawiał takowego resztek energii, kusząc, przyciągając, zmuszając do skorzystania z łoża, choć na sekundkę, żeby tylko dotknąć, usiąść... Obmywszy kurz i brud, cała brygada postanowiła „na kwadransik” przetestować miękkość sienników – i, jak zawsze, przewracali się z boku na bok, wstydząc się narzekać, że jest zbyt miękko. Sam znałem to bardzo dobrze. Najgorsza jest pierwsza noc na posłaniu, a ja znałem na nią niezawodny sposób – schlać się wystarczająco, żeby choćby i najmiększy siennik świata nie robił już żadnej różnicy – oczywiście, metoda obarczona była ryzykiem nie trafienia do łóżka wcale i przekimania pod stołem. W odpowiednich warunkach oczywiście istniał też wiele dodatni skutek uboczny – możliwość trafienia do cudzego posłania, jakiejś chętnej krasnoludki, czy nawet i z braku laku – co też miało swoje dodatnie strony - elfki czy jeszcze czegoś inszego.
Jakby się jednak zastanowić, to cudze łóżko mogło okazać się też śmiertelną pułapką – no w każdym razie, metoda miała wiele możliwych rezultatów. Ryzyko było też plusem samo w sobie.
Tak więc starannie omijając pryczę w pokoju, który dzieliłem z Liefem, doprowadziłem do ładu swój strój, oblicze i brodę. Zresztą moja prycza okazała się być już zajęta, Gandi zwinął się na samym środku w kłębek – on też nie oparł się magii posłania. Młody szczeniak, jemu miękkość nie przeszkadza, pomyślałem. Najwyżej w nocy będzie musiał uciekać spod padającego jak ścięte drzewo krasnoluda – nie martwiłem się o psa, jego instynkt samozachowawczy obudzi go już gdy będę wdrapywał się na schody bez wątpienia. A jak nie instynkt, to tupanie.
W każdym razie, oporządziwszy się nieco przy użyciu misy wody, zmieniwszy strój i rozczesawszy brodę, zacząłem zbierać drużyną na bój z porządną kolacją – a po kolacji, przyjęcie na cześć Liefa.
Impreza była całkiem udana, nawet pomimo iż byłem jedynym krasnoludem. Może lepiej rzec, że była bardzo udana jak na imprezę z jedynie jednym krasnoludem. Gatarel okazał się być całkiem przyzwoitym kompanem do kufla – no ale bard ma to w swoim zawodzie. Znał sporo całkiem przyzwoicie ciętych anegdot i dowcipów, choć nie dorównywał mi zasobem pijackich przyśpiewek. No ale był to w końcu bard elfi. Jednak, na zarzut, iż tylko wygrywa na tych skrzypkach ckliwe melodyjki, odpowiedział genialną aranżacją krasnoludzkiego marsza bitewnego, aż mi słów zbrakło. Może brakowało mu wymowy orkiestry górniczej, ale chwytał za serce i ożywiał ducha bojowego jak trzeba. Energię wyładowałem przy siłowaniu się na rękę – nie wiem czemu, ale widok krasnoluda w ludzkiej karczmie zawsze podburza miejscowych do spróbowania swych sił – jakby położenie jednego z nas na rękę było dla nich jakąś nobilitacją szczególnego rodzaju. Nie wiem o co w tym im chodzi, ale i tak na drodze do owego tryumfu stała zasadnicza przeszkoda – trzeba było jeszcze krasnoluda rozłożyć. Na pociechę miejscowym spróbowałem swych sił z Kornem, miałem wrażenie, że niewiele mi brakowało, ale jednak opór był daremny. Moja prawica, wprawdzie dość powoli, ale stabilnie zbliżała się do blatu i równie dobrze mógłbym próbować przepchnąć czubek góry... Honor tubylców został uratowany, duch w mieszczanach odżył, pijatyka toczyła się dalej – nic to, że Korna nawet nikt przecież nie znał. Ach ten rasizm i szowinizm – chociaż takie jego przejawy to można jeszcze bez trudu znosić, gdyby tylko takie zresztą były, świat byłby miejscem całkiem przyjaznym dla każdego. Drużyna okazała się być bardzo miłymi towarzyszami również i zabawy, obeszło się bez nieprzyjemnych incydentów (no tak po prawdzie to i incydentów przyjemnych też nie było, ale cudów po karczmie w spokojnym ludzkim mieście oczekiwać nie mogłem).
Kac też był i umiarkowany – można rzec, iż Nemelios uznał, że po tym wszystkim należy nam się spokojna, zasłużona rozrywka, jak to zazwyczaj z nim bywa, pewnie dla równowagi.
Garnuszek wybornej maślanki, jaki umocowałem sobie za oknem, po kilkugodzinnym pobycie w podmuchach grudniowej nocy, był zimny jak oddech demonów ze szczytów gór na północy. Był wszystkim czego potrzebowałem do osiągnięcia znakomitego humoru, więc pokrzepiłem się delektując zarazem, produktem własnej magii. Wprawdzie, żeby nie stracić maślanki, musiałem przelać ją z wyczarowanej kanki do pożyczonego garnuszka, ale niemniej magia to piękna rzecz.
Było już sporo po wschodzie słońca, więc zwaliłem na spotkanego na dole Korna obowiązek zakrzątnięcia się koło śniadania, w tym wypadku sprowadzający się do rozmowy z oberżystą, sam zaś poszedłem do siedziby cechu kupieckiego. Klerk lekko pobladł na mój widok, ale gdy oznajmiłem, iż jestem umówiony, odetchnął z ulgą.
- Witaj, Vadim!
- Jak poranek, panie Wurn?
- Wyśmienity. Wprawdzie żona cały wieczór i pół nocy na zmianę suszyła mi głowę o włóczenie się i szukanie guza i dziękowała Myranmar, ze żyję. Kobiety.
- Ano, życie.
- Rozumiem, że pewnie chciałbyś usłyszeć co znalazłem. Nie będę ukrywał Vadim, że w mieście bieda z nędzą. Migracja destabilizuje całą cholerną ekonomię. Mam dwie roboty - dla jednej osoby i dla reszty.
- Słucham więc.
- Ano ta pojedyncza, to kurier konny – chyba mimowolnie się skrzywiłem, bo parsknął śmiechem – to raczej nie dla ciebie, Delii też pewnie nie będą chcieli tego zajęcia dać, ale dla Korna albo Dora się nada.
- A ta dla reszty?
- Ech, nie ukrywam, że może ci się nie widzieć ta fucha... Płaca marna bo praca lekka, no i sporo poniżej waszych możliwości...
- Zobaczymy – krasnolud żadnej pracy się nie boi. - „Poza jazdą konną dodałem w myślach”.
- To ochrona domu burmistrza.
Przypomniałem sobie posesję na środku drogi i strażnika, którego jedynym obowiązkiem wydawało się instruowanie przechodniów, iż nie wolno skracać sobie drogi przez ogród. Lekka, istotnie. Nudna, po prawdzie też. Ale lepsze to niż nic.
- Mówi się trudno. Bierzemy co jest, panie Wurn.
- Tak też myślałem. Napisałem już listy polecające, powołując się na połowę znakomitości w mieście i pół panteonu, zostaje wam tylko pokazać się i zacząć pracę. No a mi - życzyć wam powodzenia.
Pożegnałem się z kupcem serdecznie i ruszyłem w drogę do gospody, obmyślając kto zostanie kurierem. Naturalnie, nie widziałem żadnego z nich na koniu, choć zdziwił bym się wielce, gdyby któryś powiedział, że nie umie jeździć konno. Niemniej, mimo iż Korn był stworzony do podróży samemu przez ostępy, to Dor miał warunki fizyczne kuriera. Dwumetrowy dryblas musiałby chyba mieć konia ciężkiej jazdy, a nie gońca. Rozstrzygnąć musieli sami.
Na sam widok karczmy zaczęło mi już burczeć w żołądku. Na szczęście czekała na mnie micha gęstej piwnej polewki z udźcem baranim, Korn sprawił się dobrze. Cała banda czekała w izbie na wieści i choć miałem szczerą intencję zacząć od posiłku, zakrzyczeli mnie nieco. Kazałem więc im wyjaśnić sprawę angażu na gońca, a sam chwyciłem za drewnianą łyżkę. Z dwójki potencjalnych kandydatów lepszym chyba okazał się Dor, dlatego iż Korn był zwyczajnie za wielki. To co ja uważałem jedynie za trudność, okazało się wadą dyskwalifikującą – obaj byli tego doskonale świadomi. Tak po prawdzie to na górnika też by się nie nadawał, bo kto tnie stemple na dwa metry? Widocznie bycie wielkim nie jest wcale takie fajne, no chyba, że trza komuś zęby wybić. Nie żebym miał z tym jakieś trudności, ale u mnie ta operacja przebiegać musi zawsze w dwóch etapach. Najpierw w miękkie, żeby się dryblas zgiął, a potem hakiem w szczękę. Korn mógł to zrobić za jednym zamachem.
Tak więc Dor wziął list polecający i wypytawszy karczmarza o drogę ruszył do stacji pocztowej. Zabrałem się wraz z nim, ciekaw szczegółów i wyniku. Po drodze wypytywałem go co wie o tym zawodzie. Chyba wiedział sporo, bo to, że o cholerę więcej ode mnie, to było jasne. List adresowany był do starszego poczmistrza Ohlenbauma, szefa stacji w Ralowen, znalezienie go nie było trudne – pierwszy napotkany człowiek wskazał nam drogę do jego biura.
Gdy zostaliśmy zaanonsowani jako poszukujący pracy, widok wchodzącego krasnoluda sprawił, iż starszy, żylasty poczmistrz za biurkiem uniósł bezwiednie brew. Dor pośpieszył z wyjaśnieniami, iż jedynie on kandyduje do roli gońca długodystansowego. Szef stacji wyraźnie odetchnął z ulgą. Przeczytawszy list polecający, zmierzył Dora wzrokiem.
- Szanowny kupiec chwali cię jakbyś wygrał królewską gonitwę. A praca kuriera nie jest lekka. Nie jest łatwa. Nie jest też bezpieczna. Myślisz, że się nadajesz? Czy jeździć konno umiesz, nie pytam. Ale wiedz też, że to praca odpowiedzialna. Skąd jesteś, chłopcze? Dor cię zową, tak?
- Tak, proszę pana. Nazywam się Andoreth Vespienne, wołają mnie Dor.
- Z tych Vespienne? – silny akcent na „tych”, wskazujący niemal na użycie wielkiej litery na początku słowa, sprawił, iż teraz ja uniosłem brwi ze zdumienia.
- Z Levinne.
- Krewny Mardona Vespienne?
- To mój ojciec.
- Poznałem kiedyś twego rodziciela, bardzo szlachetny człowiek. Cóż u niego słychać?
Dor lekko poszarzał na twarzy.
- Miasto zostało zniszczone, ojciec zginął wraz z nim. Wraz z resztą mojej rodziny.
Urzędnik pocztowy stropił się nieco.
- Przykro mi chłopcze, naprawdę mi przykro. Taki zacny człowiek... Z przyjemnością dam ci tą pracę, nadasz się bez wątpienia. Konie kochały twojego ojca... lubią pewnie i ciebie. A jak koń lubi kuriera, to wszystko idzie jak z płatka.
Chłopak uśmiechnął się blado, pewnie do swoich wspomnień.
- A twój towarzysz?
- Nazywam się Vadim. Ja tylko chciałem z pierwszej ręki zorientować się jak z pracą dla Dora, wie pan, można by rzec, iż podnajmuję moją grupę do różnych prac w mieście. Za pozwoleniem, zostawię teraz panów, mam jeszcze jedno stanowisko do obsadzenia. Do widzenia.
Skłoniłem się lekko i zostawiłem Dora z nowym pracodawcą. Skoro to jakiś znajomek, to rzecz można było uznać już za załatwioną. Wróciłem po Korna i Delię. Zarówno Korn jak i ja nie musieliśmy wkładać wysiłku w wyglądanie groźniej, ale łuczniczka splotła włosy w warkoczyki, coś namieszała ze strojem i wyglądała jak ktoś, kto właśnie wsadził smokowi strzałę w oko. W pełnym rynsztunku, lecz bez plecaków, wzbudzaliśmy mile łechczące mą krasnoludzką duszę zaniepokojenie na ulicy. Do domu burmistrza nie było daleko, lecz za to głównym traktem miasta. Ruch był jak zwykle, dzieciaki wpadały Kornowi pod nogi, budząc przerażenie ich matek.
U burmistrza przyjął nas ponury osobnik, w szarym, nijakim kaftanie. W roli oficera królewskiego kontrwywiadu budziłby bardzo odpowiednie wrażenie, jako majordomus burmistrza też pewnie był profesjonalistą. Gdy się przedstawiliśmy otaksował nas wzrokiem, bez słowa wyciągnął rękę po list polecający. Przeczytał go dość szybko.
- Referencje jak to referencje, mówią zawsze to samo. Wasi poprzednicy, czyli dzienna zmiana, wylecieli za bumelanctwo. Zakładając, że dziesiąta część tego co tu napisano to prawda, i tak spodziewam się po was czegoś więcej niż to, czyli uczciwej służby na powierzonym stanowisku. Niezależnie też od waszych oczekiwań, płaca jest stała, przypisana do zajęcia i nienegocjowalna. Mag czy nie mag, płacić więcej nikt nie będzie. W ramach służby otrzymujecie jeden solidny posiłek w czasie pracy i dzienną pensję w wysokości trzech sztuk srebra na głowę. Oczekuję zaangażowania i punktualności, macie być na terenie posesji od wschodu do zachodu słońca. Taryfy ulgowej dla wykroczeń od wyżej wspomnianych zasad nie ma. Decydujecie się? Krótko proszę.
Spojrzeliśmy po sobie – ale przecież to i tak była jedyna robota do wzięcia.
- Bierzemy pracę.
- W takim razie oczekuję was jutro o wschodzie słońca. Chwila spóźnienia i możecie się nie fatygować wcale.
Ponury uznał rozmowę za zakończoną i skinął na służącego by odprowadził nas do wyjścia.
Gdy wracaliśmy już do karczmy, pierwsza odezwała się Delia.
- Przyjemniaczek, nie ma co.
- Ano. Ale przynajmniej konkretny. U nas się zwykło takich pracodawców szanować. Nie dają się robić w trolla, ale sami przynajmniej też nie robią.
- Ja tam wolę pracować z ludźmi miłymi.
- Tak, żeby potem uprzejmie poszczuł cię psami zamiast wręczyć mieszek...
- Miłymi i uczciwymi.
- Może i nie jest miły, ale na moje uczciwy.
- Ważne żeby płacił i już – mruknął Korn.
Przekomarzając się wróciliśmy do gospody. Był tu już i Dor, Lief wciąż nie wrócił ze spotkania z miejscowymi oficjelami.
- I jak poszło ostatecznie? – zapytałem z miejsca.
- W porządku, wszystko gra. Jutro jadę z pierwszą przesyłką. A wy?
- A my jutro stawiamy się u burmistrza by rozpocząć pełnienie obowiązków w roli jego strażników.
- Czyli dobrze poszło.
- Ano dobrze.
- To jakie macie plany na dzisiaj? Ja chcę się powłóczyć po mieście. – wtrąciła Delia.
- Ja muszę wracać na stację – odezwał się Dor – jakiś kurier pokaże mi wszystko co trzeba, żebym jutro nie marnował czasu.
Zastanowiłem się chwilkę.
- Muszę poświęcić trochę czasu na spokojniejsze odświeżenie zaklęć. Jak ciągle będę to robił tylko po łebkach, to skończy się kiedyś, że wyciągnę rękę żeby przysmażyć drania, a wyjdzie mi tylko jakieś pfff. I dostanę po łbie. Pół biedy jak czymś ciężkim, gorzej jak toporkiem.
Mnie to się śmieszne nie wydawało, ale ich ubawiło. No cóż.
- A ty Korn?
- A ja się jeszcze dzionek pobyczę. Zanosi się na przechodzoną robotę. A jak zima będzie wredna, to w ogóle smocza dupa.
- Co ty taki marudny?
- Nie – roześmiał się – tylko uzasadniam sam dla siebie swoje nieróbstwo. Lepsza ciężka zima jak się wraca po zmroku do karczmy, a nie zasypia na gołej glebie gdzieś w jakiś pierdolonych górach.
Parsknąłem śmiechem.
- Specjalnie dla ciebie dowiem się, czy jest tu jakiś pogodowy, żeby nam powiedział co się szykuje.
Delia wtrąciła się do rozmowy:
- A ja wam mówię, zima będzie lekka.
- Zobaczymy.
- Oby.
komentarze [1]Skromność dobra rzecz, ale mylił się ten co rzekł, iż od przybytku głowa nie boli... >> niedziela, 16 marca 2008 02:11:52
Notka miała być dłuższa. Niemniej jednak, pięć minut temu napisałem zdanie, zobaczyłem je i powiedziałem:
- No to jest koniec notki w moim stylu. Jak koniec to koniec, będą dwie i też będzie dobrze.
Przynajmniej notka za długa nie będzie, więc wrzucam.
Następna, czyli tak jakby to co miałoby być dalej ( no to nie było odkrywcze... dalsza część ma to do siebie, że zawsze jest tam to co miało być dalej :/ ) raczej nie później niż ta w stosunku do poprzedniej, pewnie nawet okres oczekiwania będzie krótszy.
Aha, w związku z powtarzającymi się prośbami o usunięcie reklamy, oto moja oficjalna odpowiedź : Nie wiem jak :(. Może nie widze jakieś opcji w panelu użytkownika na mylogu. NIemniej jednak, chciałbym wszystkim oświadczyć, że jej nigdy na oczy nie widziałem, specjalnie dla Was drogie czytelniczki (i czytelnicy, jak się jakiś przypałęta, chociaż jeszcze nie dał takowy znaku życia. Spam-boty są płci nijakiej) wyłącze na chwilę AdBlocka i obejrzę.
I tak dochodzimy do sedna sprawy: każdy nie chce jej oglądać tak jak ja, może jej tak jak ja nie oglądać. Wystarczy kliknąć na: link i postępować zgodnie ze wskazówkami, ewentualnie jeszcze odblokować co trzeba gdzieś po drodze, następnie zrestartować przeglądarkę, i z listy subskrypcji ( bo takowa się pojawi ) wybrać to coś tam francuskie z dodanym EasyList - nie koniecznie, ale polecam - i voila.
Jak ktoś ma Internet Explorera to:
a) to nie działa
b) powinien przejść na Firefoxa, lub cokolwiek innego
c) ma pecha.
Użytkownicy Opery, których szanujemy, wprawdzie też nie skorzystają, ale mają swój odpowiednik w formie jakiegoś tam widżeta.
Jednym słowem, Bardzogorącopolecam! :P
A oto i notka:
Moją propozycję elf skwitował krótko: „Bard który odmawia imprezy, na dodatek w towarzystwie sensacji dnia, jest skończony zawodowo”. Umówiliśmy się w jednej z miejskich karczm i poszedłem zebrać do kupy moją trzódkę. Wygrana Liefa bardzo wiele zmieniała w naszych planach, narzucała coś, czego w ogóle nie zamierzaliśmy – postój w mieście. Jeszcze nie wiedziałem na jak wiele dni, ale na pewno zbyt długo, by się obijać w karczmach. Raz, że, jak wszędzie zresztą w tych dniach, miasto było zbyt ponure, aby dla takiego krasnoluda jak ja piwo w towarzystwie jego mieszkańców było miłe, dwa, większość z nas należała do tych co nie lubią się nudzić zbyt długo (ja na przykład ściągałem na siebie w takich razach kłopoty), trzy – nasza sakwa by zbyt na tym zeszczuplała. Musieliśmy więc znaleźć pracę w mieście, co, jak wiedziałem z doświadczenia, nie miało być łatwe. Miasto albowiem o niczym innym wobec takich jak my nie marzy, niż pozbyć się ich jak najszybciej. Nie będę ukrywał, że wśród najemników, każdej rasy, wielu było zawsze takich, w towarzystwie których kończyny traciły prawowitych właścicieli z byle powodu. Zresztą bywało, że i mi się zdarzały podobne przypadki... no jak choćby dwa miesiące temu, żeby daleko nie szukać. „Cholera, to zaledwie dwa miesiące czasu, a tyle się wydarzyło.” – od razu przyszło mi do głowy. Na szczęście, tutaj mieliśmy dobrze sytuowanego dłużnika – wiedziałem, że to nasze jedyne wyjście z sytuacji, poprosić o pomoc Wurna.
- To co robimy przyjaciele? – może oni mieli ciekawsze pomysły.
Korn miał minę pod tytułem „jak uważasz”, Dor „ja się dostosuję”, ale naturalnie Delia nie należała do osób, które lubią być wodzone na sznurku.
- No Lief jakiś czas tutaj zostanie... będziemy na niego czekać? – na szczęście wyraźnie myślała o tym samym co ja. Bo ja, jakoś się do naszego sympatycznego kuchty obozowego już przyzwyczaiłem. Więc odpowiedziałem krótko:
- Ja bym trochę posiedział w mieście.
- Dowiedzmy się najpierw, na ile, co i jak. Poczekajmy, aż Lief wyrwie się ze szpon tych urzędasów.
- Hm, na jak długo to łatwo ustalić – kiedy miał być ten bankiet?
- Dwa tygodnie po Myrener. – wtrącił Dor, odpowiadając na moje pytanie. Uważny chłopak.
- Czyli za jakieś pięć tygodni. Hm, jak mamy tu zostać trzeba by się rozejrzeć za jakąś robotą.
Tu coś mi przyszło do głowy.
- Dor, a ty co planujesz? To znaczy masz jakieś plany w ogóle? Jeśli nie, to zapraszamy do kompanii.
W sumie odpowiedź jakiej udzielił po chwili zastanowienia, była jedną z tych którą często się słyszało...
- I tak nie mam dokąd iść. W grupie raźniej. Jeśli chcecie, to z wami jeszcze się powłóczę jakiś czas.
Tak, każdy zakładał, że to tylko potrwa jeszcze jakiś czas... że ataki ustaną, że będzie można zostać w jednym miejscu i myśleć o jakiejś innej przyszłości, niż zbliżająca się z każdym dniem pożoga... I w tym wszystkim, o ile można tak o nadziei powiedzieć, beznadziejna nadzieja, że atak o którym wieść przyniosła kolejna grupa uciekinierów był tym ostatnim. Nie zazdroszczę tym, którzy muszą dbać o coś więcej niż tylko własny tyłek, ewentualnie tyłki kilku kompanów... bo o ile dla nas każdy kolejny dzień bez ataku, zwiększa nadzieję, że Druga Era Strachu właśnie się kończy, to u nich, w głowie brzęczy pytanie, na które nie można odpowiedzieć... Jak wiele dni musi minąć, żebyśmy przestali czekać na kolejne pojawienie się Wybrańca i uwierzyli, że się nie pojawi?
Zresztą, to i tak były obecnie marzenia... ataki następowały coraz częściej i nic nie zwiastowało ich końca... i wbrew wszelkim próbom epatowania władców ułudą normalności, jak ten konkurs kucharski, było to widać dookoła. To nie było na moją prostą, krasnoludzką, głowę. Mogłem tylko robić tak jak inni – po prostu żyć. Żyć, czyli jeść i pić, czyli wydawać pieniądze – a gdzieś trzeba było je zarobić.
- No to słuchajcie, zróbmy tak. Od paru godzin łazimy z tymi wszystkimi bambetlami po rynku, trzeba by je gdzieś zrzucić. Umówiłem się z Gatarelem w karczmie... cholera, zapomniałem jak się zwie. Ale wiem gdzie ta gospoda jest, wytłumaczył mi jak dojść. No, to pójdziemy, wynajmiemy izby i się roztasujemy... a kto chce, może ze mną iść do Wurna. Chcę go poprosić, żeby pomógł nam znaleźć robotę. Odpowiednią i od ręki. Na szczęście on widział dość, żeby zrozumieć słowo „odpowiednia”, hehe. Trzeba zabrać naszego kucharza obozowego z tego tłumu mieszczuchów – wskazałem machnięciem ręki tłumek wokół Liefa, który jeszcze jakoś nie przerzedział. – Na pewno będzie nam wdzięczny, jak go znam. Korn, czy mógłbyś iść po niego? Ty robisz odpowiednie wrażenie – roześmiałem się.
Delia zerknęła w tamtą stronę.
- Biedak, on jest taki, no... nie jest nieśmiały... no – zacięła się trochę – No chodzi mi o to, że oni tam pewnie ględzą niestworzone rzeczy, a on nie wie o co im chodzi.
- Skromny jest, fakt – przytaknął Dor.
- No to idź Korn uratować naszą biedną ofiarę z rąk wygłodniałego tłumu. Zasugeruj im, że jest zmęczony i w ogóle.
- Ta... – mruknął wielkolud i poszedł.
Pewnie nie było to łatwe, ale po czasie jaki potrzeba mniej więcej by wypić antałek piwa bez zbędnego i szkodliwego dla powagi sprawy pośpiechu, kucharz był już wśród nas. Każdy go kto by go nie znał, spodziewałby się euforii, entuzjazmu, no chociaż radości. Ale nie my – Lief był w stanie kompletnej paniki od momentu gdy dowiedział się co było nagrodą konkursu, który w tak niefortunnych okolicznościach wygrał.
- Gdybym wiedział do jakiego konkursu chcecie mnie zapisać, w życiu bym się nie zgodził! –to pierwsze co z siebie sensownego wykrztusił i ciężko to było uznać za nadmiernie radosne.
– Gotujesz od ilu lat? Kilkunastu?
- No tak, a co? – nieco zbiłem go z pantałyku pytaniem.
- Od tego czasu praktycznie codziennie coś gotujesz?
- No nie, ale...
- No ale mniej więcej, większość dni z tego miałeś chochlę w ręku chociaż na chwilę?
- Możliwe, ale...
- Żadne ale. Prosta kalkulacja mówi, że ugotowałeś przez ten czas ze trzy tysiące obiadów, czy tam głównych posiłków bez wnikania w porę dnia, o jakiej je podano.
- Tak, ale...
- No to weź się w garść chłopie. Ugotujesz trzy tysiące pierwszy i po całym problemie, na demony!
- Ale...
- Czy piekłeś mięso?
- Pewnie, ale...
- Gotowałeś zupę?
- Jasne, ale co to ma...
- Ponieważ do tego należy dodać świetnie przyrządzone grzyby, które właśnie mi się przypomniały, to już przynajmniej trzy potrawy jakie znasz. Raz to przypadek, dwa zbieg okoliczności, trzy to już reguła – która mówi, że znasz w cholerę potraw! – otworzył usta, pewnie by powiedzieć „Ale coś tam”, niemniej walnąłem się pięścią w otwartą dłoń aż klasnęło, i ryknąłem na niego, tak bardzo z góry jak się dało – Ugotowałeś tysiące obiadów, znasz tysiące potraw, ponadto żywiłeś nas wszystkich, najszlachetniejszą kompanię jaka przemierzała te gnuśne lasy i nudne pola, przez jakiś czas – a to już kwalifikuje cię, żebyś gotował dla księcia, i nie ma, żadnego, na wszystkie demony pełzające u stóp Ilieny, pierdolonego ale! Poradzisz sobie i tyle, my w ciebie wierzymy – dodałem już cicho i łagodnie, po wzięciu oddechu.
- Hau! – szczeknięcie z okolicy butów, niby normalne, ale tak bardzo jednoznaczne jak tylko się da – Gandi się ze mną zgadzał.
Lief miał nieco dziwną minę. Co najmniej wieloznaczną. Ale przestał jęczeć i zaczął się zastanawiać. Dobry znak. Spojrzałem na resztę drużyny – Dor miał nieco stropioną moim występem minę, ale Delia uśmiechała się do kucharza sympatycznie, a Korn poparł szczeniaka i klepnął w plecy zwycięzcę konkursu.
- No dobra... – chociaż Lief wyglądał na zrezygnowanego, w tym mruknięciu była jakaś iskierka nadziei.
- Chodźmy do karczmy więc, opowiemy ci po drodze jaki jest nasz plan, a ty przedstawisz nam, co powiedzieli ci sędziowie.
komentarze [2]Turniej >> piątek, 11 stycznia 2008 02:39:26
Bardzo przepraszam wszystkich czytelników. Sporo zmieniało się w moim życiu przez ostatnie miesiące. Studia, szpital jeden, drugi, problemy ze zdrowiem - ale teraz wszystko idzie ku lepszemu. Chodzę sobie do pracy, jest w porządku. Nie oznacza to jakoś częstych aktualizacji i nowych notek - no cóż, na pewno będą częściej, bo rzadziej się przecież nie da, nie? :D Mam teraz sporo mniej czasu niż rok temu, ale podejrzewam, ba, jestem pewien, że lepiej nim zarządzam - więc może jednak nie będzie tak źle. Dla czytelników, którzy wybaczą pokornemu słudze i zechcą wrócić, dobra wiadomość - po kolejnej notce dojdę do okresu, który jest już po częśći opisany. To z kolei, już na pewno oznacza częściej notki, tylko że częściej - właśnie niekoniecznie oznacza często :)
Jeszcze raz przepraszam, i proszę - wróćcie do mnie jak się da:D
Po dwunastu dniach marszu ujrzeliśmy przed sobą mury Ralowen. Cóż wydarzyło się po drodze? Ano niewiele. Z woli Nemeliosa odcierpieliśmy swoje w tamtą stronę i na miejscu, więc teraz przyszła pora na czas spokoju. Padło kilka potworów, a i owszem, ale nie były one godne wspomnienia. Przez pierwsze dni wszyscy głównie trawili w sobie wydarzenia z Feugo, ale przez resztę drogi gadaliśmy o wszystkim i o niczym, o sobie, swoich przygodach i tym podobnych rzeczach. Najmniej dowiedzieliśmy się o Dorze, ale nie naciskaliśmy go. Nie wiedzieliśmy, czy dalej będzie podróżował z nami, czy się od nas odłączy i nie czas był to ustalać. A jeśli chodzi o Wurna, to nie przestawał podkreślać, że jest naszym dłużnikiem – a najmniejsze co może zrobić, to napisać solidną rekomendację do swego cechu i pomóc nam szybko znaleźć pracę.
W mieście było tłoczno, ale nie był to zwykły, miejski gwar – to tutaj właśnie podążyła większość uciekinierów z Feugo. Ci, którzy mieli tu krewnych, zatrzymali się u nich – a pozostałych czekał niewesoły los. Miasta surowo respektowały prawa zakazujące koczowania na ulicach – uciekinierzy, z nielicznymi wyjątkami, nie byli nikomu potrzebni. Odprowadziliśmy kupca pod sam budynek Gildii.
- To chyba zamyka na razie nasz kontrakt – uśmiechnąłem się do Wurna.
- Ale nie nasze rachunki. Jak tylko ustalicie, co teraz zamierzacie robić, co pewnie oznacza „kiedy wyruszycie dalej”, dajcie znać. Znajdę wam jakąś porządną robotę.
- Oczywiście. Na razie trochę odpoczniemy, uzupełnimy sprzęt i tak dalej. To zajmie przynajmniej trzy dni.
Pożegnaliśmy się z kupcem i poszliśmy na rynek, zorientować się co i jak. Zgodnie z oczekiwaniami tutaj też był spory tłok. Nawet zbyt spory. Będąc na szlaku oczywiście straciłem rachubę czasu, więc zapytałem pierwszego lepszego przychodnia, czy dziś środa. Okazało się, że poniedziałek. Widząc moją konsternację zapytany dodał, że dziś ruch jest wyjątkowy, bo zaplanowano konkurs kucharski.
- Konkurs kucharski? – ucieszyła się Delia. – Lief, startujesz!
- No żartujecie chyba... przecież ja nie jestem aż taki dobry – bronił się.
- My twierdzimy, że jesteś. Możesz raz na zawsze zakończyć ten spór – nie wygrasz, damy ci spokój – wtrąciłem złośliwie.
- Gdzie tu są zapisy? – łuczniczka zaczęła się rozglądać.
- Chyba tam – wskazał ręką Korn. Jak zwykle widział najwięcej.
Pociągnęliśmy biedaka za sobą w stronę środka rynku, w kierunku bordowego namiotu. Nad wejściem do niego wisiała drewniana tablica „Konkurs Kucharski”.
- No właź. To dla ciebie okazja, wreszcie sobie porządnie pogotujesz – zachęcała wystraszonego Liefa Delia.
- No, nie bądź baba. Idę z tobą. – po czym wepchnąłem go do namiotu.
Pierwszą rzeczą jaka rzuciła się nam w oczy było biurko. Duże. Konkretne. Za nim siedział łysawy, pulchny facet odziany w szaty świadczące o wysokiej pozycji społecznej i złym guście. Zmierzył nas wzrokiem – wymiętoszonych, z plecakami i bronią – i ewidentnie nas zaszufladkował, o czym świadczyło niezbyt uprzejme:
- Czego!?
- Chcielibyśmy zapisać naszego kucharza do konkursu.
- Wpisowe wynosi dziesięć sztuk złota. – głos ociekał pogardą. W jego mniemaniu ta zawrotna suma miała być chyba barierą nie do pokonania dla takich łachmytów jak my, więc kopnąłem w kostkę Liefa, który już chciał się wycofywać i powoli wysypałem zawartość sakiewki na dłoń. Odliczyłem z tego dziesięć monet, które położyłem na biurku pyszałka.
Nie dał po sobie poznać, że go zaskoczyliśmy, tylko wypluł z siebie:
- Imię?
- Lief – odpowiedziałem spokojnie.
- Stanowisko numer dziewięć! – szybko, niestarannie, wypisał jakąś karteczkę i położył ją na krawędzi biurka. Sięgnąłem po nią i rzuciłem na nią okiem. Klasyczne potwierdzenie wpłaty z adnotacją o stanowisku. Gruby kontynuował:
- Konkurs zaczyna się o... Ty kundlu zawszony! – Gandi, nasikawszy mu na buty, szczeknął i na wszelki wypadek wybiegł z namiotu. Mały zna się na ludziach, pomyślałem.
- To wasz pies!? – ryknął, czerwień jego twarzy wskazywać by się wydawała na problemy z sercem.
- Nie, no skąd – odpowiedziałem spokojnie i wyszliśmy. Szczeniaka nigdzie nie było widać, znikł w tłumie, cokolwiek rozsądnie.
- I co? – od razu naskoczyła na mnie Delia.
- Zapisałem go. Korn, rozejrzyj się za miejscem, gdzie mają gotować zawodnicy. Mamy stanowisko dziewiąte.
- Hehe. Idź za nosem – roześmiał się dryblas. – Tam.
Wciągnąłem powietrze. Wprawdzie nikt jeszcze nic chyba nie pichcił, ale czuć było zapach dymu z palenisk. Niemniej to było miasto... od kierowania się zapachem można było dostać bólu głowy. Poszedłem więc, ciągnąc dyskutującego cicho z łuczniczką Liefa, za Kornem i Dorem.
Na środku rynku, normalnie zajmowanym przez kupców z Gildii Kupieckiej teraz znajdował się wydzielony kwadrat. Centralne miejsce zajmowały dwa namioty - ciemnoczerwony z tabliczką „Komisja Sędziowska” i dużo większy, ze zwykłego płótna. Na obrzeżach znajdowały się ponumerowane stanowiska do kucharzenia – profesjonalne palenisko, duży stół pełen przeróżnych kucharskich utensyliów – garnków, noży, rzeczy, których nazw nie znałem, słowem – wszystkiego, czego mógłby sobie zażyczyć kucharz. Od gawiedzi obszar ten oddzielało kilkunastu miejskich strażników.
Dałem Liefowi świstek. Wypadało coś powiedzieć:
- No, teraz jesteś sam – my ci w tym nie możemy pomóc. Zdaje się, że to nawet byłoby wbrew regułom. Nie przejmuj się tym jak gotujesz, nie przejmuj się konkurencją, nie przejmuj się niczym – nic się nie może przecież stać. Po prostu wybierz potrawę i oddaj się przyjemności – bo przecież lubisz gotować, nie? Niech cię niesie instynkt, a wszystko będzie dobrze. – palnąłem mowę. Korn klepnął go w ramię, Dor rzucił:
- Jadłem twoje przysmaki. Nie martw się, są bezkonkurencyjne.
- Powodzenia – po prostu powiedziała łuczniczka, pocałowała go w policzek, po czym popchnęła w kierunku środka. Ruszył. Na życzenie strażnika pokazał kartkę, którą dostaliśmy przy rejestracji, ten wskazał mu stanowisko dziewiąte – było na sąsiedniej krawędzi pola turniejowych zmagań. Poszliśmy więc bliżej tamtego miejsca, aby zobaczyć jak będzie sobie radził.
Najpierw zdjął plecak i oparł go o nogę od stołu. Przyjrzał się wszystkiemu dokładnie, wziął nóż do mięsa i zważył go w dłoni. Odłożył go dokładnie na miejsce w którym poprzednio leżał, sięgnął w bok po patelnię, również dokładnie przymierzył ją do dłoni, wykonał nią gest jakby podrzucał naleśnik i też ją odłożył, skąd ją wziął. Oparł się mocno obiema rękami na stole, skupił się i głęboko odetchnął – w tym momencie wiedziałem już, że będzie dobrze. Można go było zostawić samemu sobie – jeśli zacząłby gotować, wpadłby w trans i i tak przestałby widzieć kibicujących. Przeszliśmy się więc wokół placyku, aby obejrzeć konkurentów. W większości wyglądali dość normalnie – mężczyźni, raczej z brzuszkiem, w średnim wieku. Wyróżniał się jeden – sąsiad Liefa z numerem osiem. Miał zabójczo wielką białą czapę, zabójczy, wypielęgnowany wąsik i równie zabójczo wredne spojrzenie. Kierował je przeważnie na Liefa. Jeśliby zaczął coś kombinować, teoretycznie mogłem typowi utrudnić pracę na wiele sposobów, ale wolałem się nie mieszać. Konkurs powinien być uczciwy, a dokładniej wolałem nie odbierać przyjacielowi satysfakcji z uczciwego zwycięstwa. Mówi się, że my, krasnoludy, kantujemy przy każdej możliwej okazji, ale to nieprawda - inne rasy po prostu zazdroszczą nam determinacji, która pojawia się zawsze, gdy istnieje konkurencja. No ale nieważne. Stanęliśmy znowu niedaleko stołu Liefa. Zapoznawał się z jakimś zwojem papierów. Logika podpowiadała mi, że był to spis dostępnych składników. Nagle na środku placyku zapanowało poruszenie. Z namiotu wyszło kilka osób, pojawił się miejski herold, który mocnym i pewnym głosem zaczął:
- Słuchajcie, słuchajcie! W imieniu rady miasta Ralowen i jego ekscelencji burmistrza chcielibyśmy powitać wszystkich zgromadzonych na Wielkim Turnieju Mistrzów Kuchni, tak utalentowanych uczestników, jak i was, czcigodnych mieszkańców i oczywiście wszystkich naszych gości. Gdy zegary naszych jurorów wskażą dziewiątą, przewodniczący komisji sędziowskiej, specjalnie na tą okazję przybyły tu z Llamas, szanowny pan Vengerald, niezrównany znawca sztuki kulinarnej i jej wszelakich dzieł, da znak i zacznie się wielkie gotowanie! Oczywiście jeśli wam wola smażyć, wędzić, dusić, piec czy też podawać na surowo, czcigodni mistrzowie rondla i patelni, tedy popuśćcie wodze fantazji! – po tłumie przebiegło chichotanie, a herold kontynuował – Gdy zaś nadejdzie pora obiadu, po sześciu godzinach wytężonej pracy zawodników, sędziowie spróbują waszych dzieł i oznajmią nam zwycięzcę. Zdobywca tego lauru będzie miał zaszczyt przygotować bankiet na cześć samego księcia sąsiednich ziem, który odwiedzi nasze piękne miasto Ralowen w dwa tygodnie po święcie łaskawej Myranmar! Tedy... czekajcie na znak!
Obwoływacz ustąpił miejsca dostojnie ubranemu mężczyźnie. Ten skinął na zebranych przed nim kuchcików i chłopcy rozbiegli się, po jednym do każdego kucharza – Lief miał najwyższy numer i jeszcze trzy stanowiska stały wolne. Po chwili usłyszeliśmy:
- Niech więc zacznie się turniej!
Kuchcik naszego reprezentanta wyciągnął kartkę i ołówek, a kucharz zaczął dyktować mu, co ma przytargać z magazynu. Kiedy chłopak skończył notować, pobiegł po produkty z listy, po chwili na stole zaczęły pojawiać się pierwsze składniki. Zaczął chyba od jakiegoś ciasta – jajka, paczki z mąką i cukrem. Po chwili już trzepaczka latała w miseczce z białkami jajek.
- No dobra, to trochę potrwa. Co robimy? – zwróciłem się do drużyny.
- Vadim, słyszałeś co jest główną nagrodą? – zapytała łuczniczka.
- Hm, nie zwróciłem uwagi. A ile tego jest?
- Nie ile, tylko co! Ten kto wygra ugotuje obiad dla samego księcia! Łapiesz?
- Taa... Mam nadzieję, że nie zwrócił uwagi na to, tak jak ja. To by go tylko zestresowało.
- A co zrobimy jak wygra? – wtrącił Korn.
- A co mamy zrobić? Ugotuje ten obiad i się zobaczy. Gdybyś miał stałą, dobrze płatną i bezpieczną pracę w jednym miejscu, nie przestałbyś łazić z transportami, gdzie aż prosisz się o kłopoty? – sam zacząłem się zastanawiać nad tym argumentem. Gdzieś tak głęboko, w zakamarkach umysłu, czaiła się odpowiedź przecząca. Ryzyko miało unikalny smak i aromat, nieosiągalny dla dużej części mieszkańców tego świata i jednocześnie totalnie uzależniający. Kto raz spróbował, ten mógł odmawiać sobie kolejnej porcji jedynie przez jakiś czas... w końcu i tak wracał. Tam.
- No pewnie – szybko rzucił Korn i wiedziałem, że myśli tak samo. Pytanie tylko, jak będzie z Liefem. Póki co, to na pewno była okazja, żeby zyskać – pieniądze i reputację. Zresztą artyści chyba rozumują, o ile to właściwe słowo, zupełnie inaczej niż reszta. A nasz przyjaciel zdecydowanie artystą był. Odeszliśmy jednak od tematu, więc postanowiłem powrócić do pierwszego pytania.
- Sporo ludzi... Ci co przyszli, żeby zobaczyć początek, a chcą zobaczyć koniec jak wszyscy inni, zaraz zaczną się nudzić. Obejrzeli już zawodników i właściwie to wszystko co było do oglądania. Korzystając z ich znudzenia może zrobimy ten sam numer co poprzednio? Nam też nie będzie się wtedy nudzić – uśmiechnąłem się.
- W porządku – uśmiechnęła się Delia, której to głos w tym przypadku był decydujący.
- Dobra, to dzielimy się rolami. Dor, jak tam u ciebie z uchem?
- Wszystko w porządku. Chyba. A co? Z którym? – zdziwił się zapytany.
- Chodzi mi o to, czy znasz się na muzyce – parsknąłem śmiechem.
- Hmm. Pewnie nie gorzej niż inni. A czemu pytasz?
- Bo chcę, żebyś przeszedł się po całym rynku i w tłumie znalazł najlepszego grajka.
- W porządku... oświeć mnie o co dokładnie chodzi.
Przedstawiłem mu pokrótce naszą metodę zarabiania pieniędzy. Po chwili byliśmy już z Delią i Kornem przy fontannie i czekaliśmy na akompaniament. Odpowiedzialni za samą część artystyczną podjęli przygotowania – czyli zaczęli się koncentrować.
Po chwili zjawił się Dor z ciemnowłosym elfem ze skrzypkami – że wysokim, szczupłym i ekstrawagancko odzianym dodawać nie muszę. Jednym słowem, artysta pełną gębą – jak zresztą większość długouchych, choć ten, przyznam, nawet jak na elfa, był ekstrawagancki wyjątkowo.
- Witam mistrzu, pozwól, że się przedstawię. Jestem Vadim, i chciałbym przy twojej pomocy uraczyć tłum widowiskiem najwyższej próby. Wierzę, że zadowolisz się mniejszym kawałkiem większego tortu, jeśli porównamy to do grania samemu, albowiem podzielimy się zyskiem po równi, ty, mistrzu, ja, i panna Delia, a zysk o którym mowa, jest, podkreślmy to szczególne słowo, gwa-ran-to-wa-ny. Krótko mówiąc, za udział w zyskach prosimy o subtelne muzyczne tło, wierzę iż znajdziemy, hehe, wspólną nutę.
Moi towarzysze wlepili we mnie wzrok, ale elf, w najmniejszym nawet stopniu nie zdezorientowany, spokojnie odrzekł uśmiechając się:
- Ja jestem Gatarel. O widowisku jakiego rodzaju jest mowa?
- Potrzebujemy kogoś, kto by akompaniował mojej przyjaciółce do tańca na wodzie.
- A, słyszałem chyba o was plotki. Ładny pieniądz, chętnie wezmę udział.
Jako że wszystko wyglądało na dograne, Delia już się jakoś ogarnęła – przyszliśmy przecież na rynek niemal wprost ze szlaku, Korn skoczył zatem nagonić trochę ludzi. Skrzypek zaczął grać i zgodnie z przewidywaniami znudzeni już gapie zaczęli tłoczyć się wokół fontanny i nas. Nie czekając rzuciłem czar i dałem znak Delii, iż może zacząć. Zgrabnie wskoczyła w wodę, zanurzając jedynie wyprostowane czubki palców i zaczęła pląsać w rytm muzyki. Po chwili było dla mnie jasne, że trafił nam się o wiele lepszy muzyk niż poprzednim razem. Dźwięki wydobywające się ze skrzypiec elfa zdawały się opływać Delię i podążać za jej ruchami – w skrócie zgrali się doskonale i całość jak na moje krasnoludzkie oko i ucho wyglądała bardzo zgrabnie i przekonywująco – to znaczy moje oko spoczywało na miseczce, do której wpadały monety, dając miły dla ucha brzęk. I tym razem to nie była zasługa tylko Delii – muzyka również działała na tłum.
Minęło trochę czasu. Zainteresowanie tłumu, jak to zwykle bywa, trochę się zmniejszyło, podobnie zresztą jak zapas sił grajka i przede wszystkim tancerki. Moja mana też powoli zaczynała się kończyć. Między Delią a Gatarelem wytworzyła się już od początku nić zrozumienia, toteż porozumieli się wzrokiem i elf zagrał dynamiczną kodę, spuentowaną pięknym piruetem i ukłonem Delii. Sam nie wiem ile minęło czasu, gdyż skupiłem się na pilnowaniu czaru – ale dna w miseczce nie było widać – zresztą Korn od pewnego momentu wziął ją w rękę, gdyż mogła wzbudzić zainteresowanie co bardziej odważnych złodziejaszków. Wraz z brzęczącymi monetami to zainteresowanie na pewno by rosło, a lęk przed tłumem malał – ale dwumetrowy dryblas z dwuręcznym mieczem zmieniał co nieco oblicze tej chwiejnej równowagi. Naturalnie, że nie wspomnę o korzyści z podsuwania potencjalnym darczyńcom miseczki pod nos. Pora była zwijać kramik i wracać do obserwowania konkursu – spojrzałem na słońce, na wszystko zeszło około trzech godzin. Potrawy Liefa musiały już przybrać kształt pozwalający nam mniej więcej zgadnąć co pichcił. Wspiąłem się więc na murek i zawołałem:
- Dziękuję wam, szlachetni mieszczanie, za tak szczere wsparcie, tak zacnych artystów! Wprawdzie niedługo nadejdzie mróz, który sprawi iż taniec na wodzie zamieni się w taniec na lodzie i całą magię demony wezmą, ale na pewno jeszcze będzie dane wam ujrzeć i wysłuchać naszych mistrzów tańca i muzyki. Dziękujemy!
Delia i elf załapali klimat i pięknie się ukłonili, tłum nagrodził ich oklaskami i zaszemrawszy począł chaotycznie się rozpływać.
- No nieźle – mruknął Dor, choć nie wiem czy miał na myśli zarobioną sumę, czy całe przedstawienie. Korn podał mi naczynie z monetami i podliczyliśmy – dwadzieścia sztuk srebra dla Gatarela, drugie tyle dla reszty, do podziału. Ponad sześćdziesiąt srebrników – przyzwoita suma, jak za uliczne przedstawienie. W wesołych nastrojach wróciliśmy w pobliże podwyższenia, bard nam postanowił towarzyszyć. I tak większość ludzi robiła dokładnie to co my.
Lief nawet nie zauważył że wróciliśmy. Choć jedno ciasto siedziało chyba już w piecu, miesił na stolnicy kolejne. Chyba – bo ciężko stwierdzić. Najmniejszych za to wątpliwości nie wzbudzało główne danie jego sąsiada – na rożnie kręcił się pieczony dzik. Właściciel wielkiej czapy nie rozmieniał się na drobne. Na ogniu grzał się spory gar jakiegoś zawiesistego sosu. Dor też powędrował spojrzeniem tam gdzie ja.
- Co on, chce całe miasto nakarmić?
- Wątpię. Tacy jak on się nie dzielą z nikim. – mruknąłem.
- Czego nie zjedzą sędziowie, pewnie schowa do czapy – zawyrokował Korn. Faktycznie, coś w tym było.
Wróciliśmy do Liefa – nad paleniskiem wisiał też kociołek, w którym coś bulgotało wesoło. Pociągnąłem nosem – raki? Chyba tak. Przypomniał mi się stary dowcip o elfach i rakach, ale postanowiłem nie dzielić się nim z towarzystwem – nie chciałem zrażać do siebie barda. Dowcip swoją drogą dobry, nie wiem o co elfom chodzi.
W każdym razie, postanowiliśmy zajrzeć do pozostałych siedmiu uczestników, podpatrzeć co i jak i przepychając się nieco obeszliśmy dookoła placyk. Generalnie, poza wspomnianym już wcześniej elegantem, wszędzie potrawy zamaskowane były jeszcze pod przykrywkami rondli, kociołków i patelni, lub prażyły się schowane w piecu. Kuchcikowie też chyba mieli sporo roboty, sądząc po liczbie obierków oraz otwartych paczek i woreczków przy prawie każdym stanowisku.
- Ciężko coś powiedzieć, nie? – zwróciłem się do Delii.
- Wierzę w Liefa.
- Plotki mówią – wtrącił bard – o kilku całkiem znanych imionach, jakie pojawiły się na tą okoliczność. O części z nich mówi bardziej sterta recept cyrulików z okazji podtrucia niż same ich dzieła, ale... to też tylko plotki – dodał elf. - A tak na poważnie, to faktem jest, że kilkoro faktycznie przyjechało z sąsiednich miast tylko na konkurs. Zobaczymy.
- Jak mówiłam, wierzę w Liefa.
Nie tylko myśmy przyglądali się zmaganiom – między stanowiskami spacerowali już też sędziowie. Znak, że konkurs zbliżał się powoli ku końcowi. Spojrzałem na ratuszowy zegar – wskazywał czternastą, została już tylko godzina. Ciasto Liefa już stygło, w piecu prażyło się coś kolejnego. Nasz przyjaciel oddał się kompletnie mieszaniu czegoś na rozgrzanej patelni – posiekane mięso i przeróżne dodatki skwierczały, aż miło. Kuchcik zajęty był kontrolowaniem ognia pod kociołkiem z zupą – dorzucał co jakiś czas jedynie maleńką szczapkę. Widocznie zupa już się ugotowała i tylko miał trzymać ją ciepłą. Przy krawędzi podestu pojawił się i Gandi, szczeknął wesoło i o dziwo Lief oderwał wzrok znad chyba głównego dania. Kucharz uśmiechnął się i cisnął jakiś skrawek obok strażnika. Gandi złapał go w locie – ale ten szczeniak działa na ludzi. No może jednak nie na tych gości z halabardami – na widok marsowej miny gwardzisty piesek zniknął w tłumie, po chwili pojawił się między nami.
- I co tam, piesku? Dobre? Ma Lief szanse?
Radosno-potwierdzające szczeknięcie. Poczekaliśmy jeszcze chwilę, asystenci ruszyli do nakrywania i przystrajania dziewięciu stołów, które pojawiły się przy namiocie sędziów. Kupa bieganiny i pokrzykiwania, ale po pewnym czasie zaczęło to przybierać ogólnie znośny wygląd. Lief postawił na przyozdobienie stołu i potraw zieleniną. Chyba dobrze, bo Gatarel mruknął coś, że ładna kompozycja. Nad wszystkim dominował oczywiście zrumieniony dzik, z absolutnie standardowym jabłkiem w pysku. Wszyscy czekali już tylko na dzwon, który oznajmi godzinę piętnastą i zarazem koniec turnieju. Ponieważ Lief już skończył część zasadniczą, nie chcieliśmy dać mu się zacząć denerwować i ogólnie staraliśmy się pokrzykiwaniem dodać mu otuchy.
Bam. Bam. Bam.
Trójka sędziów rozdzieliła się i smakowali potrawy osobno. Stołów było dziewięć, więc pierwszy zaczął od początku, drugi od czwartego, a trzeci od końca, od stolika z numerem dziewięć, przy którym stał właśnie Lief. Posmakował zupki, zagryzł jakimś ciasteczkiem, podelektował się czymś następnym – to chyba było mięso, ale kompletnie zagrzebane w zieleninie, więc nie wiedziałem – i wszamał kawałek ciasta. Zamienił z Liefem kilka słów i pokiwał z uznaniem głową. Obrócił wzrok ku kolejnemu stołowi, temu przygiętemu ciężarem misy z dzikiem i chyba, bo może się tylko wydawało, wzniósł zdegustowany wzrok ku niebu. Podszedł, wykroił sobie kawałek karkóweczki i zaczął w skupieniu przeżuwać. Pozostali sędziowie też powoli robili swoje. Sędziowie mruczeli tylko cicho pod nosami i zachowywali kamienne twarze, więc kompletnie nie wiedziałem jak wypadł Lief w porównaniu do innych kuchmistrzów. Nagle usłyszałem trzask i łomot blaszanych naczyń. Co za ofiara wyrżnęła się niosąc talerze, pomyślałem i zerknąłem w stronę, gdzie na podeście wirował jeszcze lśniący, srebrzysty dysk półmiska. Masakra. Jakiś kuchcik, niosąc kilka wyczyszczonych już naczyń, wyrżnął się na stolik naszego reprezentanta i potrawy znalazły się wszędzie w promieniu kilku metrów. Aż mnie zatkało, kompletnie nie przewidziałem takiego obrotu sprawy. Mówiliśmy mu, że wszystko będzie dobrze, a tu coś takiego! To mogło go kompletnie załamać
Naturalnie, konsekwencją tego zdarzenia był kompletny chaos. Wśród całego zgiełku biegających i krzyczących wyróżniała się jedna stojąca cicho ze zwieszoną głową postać – Lief. Kompletnie się nie ruszał i nic nie robił. Po chwili zamieszanie ucichło, główny sędzia przegonił wszystkich na swoje miejsca i komisja wróciła do degustacji. Dwóch z konkurentów podeszło do Liefa i coś mu cicho tłumaczyli. Chyba nie prawili złośliwości, bo przysięgam na Nemeliosa, że poszedłbym tam na środek i zapoznałbym ich palce od stóp bliżej z moim młotem, gdyby chcieli się naśmiewać. A prawda była taka, że nie bardzo szło w tej sytuacji cokolwiek zrobić... no chyba, że to nie był wypadek. Myśl ta pojawiła się nagle i siedziała od tej chwili gdzieś na ramieniu, cicho szepcząc do ucha, nie dając mi spokoju. Spojrzenie sekretarza turnieju, tego grubasa z namiotu rano, rzucone kuchcikowi-winowajcy zajętemu teraz czyszczeniem rożna po prosiaku, kiedy indziej wziąłbym za mówiące „jak tylko skończy się część publiczna, upiekę cię na wolnym ogniu”, ale teraz wydawało mi się porozumiewawcze. Po prostu czułem jakiś spisek i jak każdy krasnolud postanowiłem drążyć sprawę do samej głównej żyły. Ale nie miałem nic, żadnego śladu wskazującego na to, że to nie był wypadek.
Podczas gdy ja snułem swoje ponure rozważania, sędziowie dokończyli ocenę potraw i poszli się naradzić do namiotu. Nie za bardzo już nas werdykt interesował, przyglądałem się winowajcy. Siedział spokojnie kończąc sprzątanie stanowiska numer osiem. Choć zupełnie przypadkiem, pogłębiało to moją niechęć do czapki z wąsikiem. Chłopak nic w zasadzie podejrzanego nie robił i w sumie postanowiłem dać mu spokój. Czasem po prostu zdarza się nieszczęście i tyle.
- Tobie też wydaje się że ten od organizacji skinął chłopakowi głową? – nagle wtrącił stojący za mną Gatarel.
- Hm, nie zauważyłem tego. A skinął? – moje myśli wróciły z nową siłą na poprzednie tory.
- Tak.
- Coś z tym trzeba będzie zrobić...
- Jakoś sprawdzić. Poczekajmy na werdykt. Jak ósemka wygrał, a moim skromnym zdaniem z tak utartymi schematami w kuchni, które przejdą chyba tylko na wiejskim dworku, nie powinien... to wszystko będzie jasne jeśli chodzi w kwestii ustawienia turnieju. Nie zdziwiłbym się, gdyby taki prostak kulinarny musiał uciec się do przekupstwa – to chyba byłaby jego jedyna szansa.
- No jak oni wycięli taki numer mojemu druhowi, to się z nimi policzę po krasnoludzku!
- Cii... Spokojnie, najpierw trzeba to udowodnić.
- Jak tylko jakiś sędzia powie „numer osiem” to wcisnę grubasowi tę czapę jego kolesia kucharzyny w dupę tak, że mu ta oszukańcza mózgownica uszami wypłynie...
- Spokojnie, Vadim. Nie tak przy widzach...
Zazgrzytałem zębami i kreśląc sobie w wyobraźni kolejne sposoby wyrównania strat moralnych w milczeniu i względnym spokoju czekałem, aż trójka jurorów opuści ten namiot obrad.
- Ględzą tam jak stary sztygar o swojej porannej kupie... – moja cierpliwość nie trwała długo.
Gatarel prychnął zdegustowany.
Jakoś doczekałem chwili, gdy trójka dystyngowanych znawców opuściła swoje miejsce obrad – wyglądali na dość zmęczonych naradą. Jeśli nie mogli dojść do porozumienia, to może konkurs nie był ustawiony do końca? Faktycznie, pozostało tylko usłyszeć werdykt. Dostojnie ubrany starszy człowiek stanął na przygotowanym podwyższeniu i odchrząknąwszy rozpoczął przemowę:
- Jako przewodniczący tegoż komitetu sędziowskiego, chciałbym ogłosić jego werdykt. Długo nad nim radziliśmy i nie łatwo było podjąć ostateczną decyzję. Zanim jednakowoż zostanie on ogłoszony, podam pryncypia jakimi się kierowaliśmy. Każdy kucharz miał prawo zgłosić się do konkursu i dla każdego szanse miały być równe. Organizatorzy ogłaszając ten turniej chcieli, aby goszczący tu władca sąsiedniego księstwa został podjęty ucztą, której nie zapomni – ja wiem, że nie można tego osiągnąć tylko li bogactwem oprawy, przepychem i rozmachem. Nic nie zastąpi podstawowego składnika uczty godnej władcy – potraw o smaku niezwykłym i rzadkim. Smaku godnym korony! Każda wielka rzeźba, każdy słynny obraz powstaje jeno raz. Uczta też jest dziełem sztuki, jak sztuka jest ucztą estetów. Te słowa są nierozerwalne, czcigodni mieszkańcy Ralowen! Sztuka i uczta... Właśnie tak! W głębokim zrozumieniu dla prawideł tej sztuki, musieliśmy podjąć trudną decyzję w tej nieprzewidzianej sytuacji! Nieprzewidzianej – bo spisane dla porządku wcześniej zasady jej nie obejmowały. Skierować się musieliśmy więc ku zasadom ogólnym – te są jasne. Trzeba zapisać się i ugotować danie stosowne do przewidzianych okoliczności uczty. To jedyne czego wymagaliśmy od uczestników. Wystartowało dziewięciu mistrzów kuchni i wszyscy wypełnili wszelkie wymogi formalne. Dlatego wbrew zasadom byłoby, aby oceniać ośmiu jedynie zawodników. Oczywistym jest, że większość członków komisji została, przez nieszczęśliwą i zupełnie niespodziewaną katastrofę, pozbawiona możliwości ocenienia talentu wszystkich uczestników turnieju. Po długiej dyspucie zgodziliśmy się jednak co do tego, iż dyskwalifikuje to nie zawodnika, lecz jurorów, bo tego właśnie żąda Sztuka! – zrobił dość dramatyczną pauzę, dla zaczerpnięcia oddechu. Kontynuował jeszcze głośniej – Dlatego też, komisja, po długiej debacie, ogłasza swój jednomyślny werdykt! W uznaniu dla szczególnego talentu, po którym można odróżnić rzemieślnika od artysty, musimy zaakceptować wszelkie wyroki bogów, kierujące ludźmi i podążać za nimi, nawet jeśli stawiają nas w trudnych sytuacjach i ogłosić, iż zwycięzcą turnieju zostaje zawodnik ze stanowiska numer dziewięć! Bankiet noworoczny dla księcia przygotuje prawdziwy mistrz gry posmakiem i aromatem, Lief!
To chyba było coś czego kompletnie nikt nie przewidział. Ci, których tak naprawdę nie interesowali się w ogóle tym zbiegowiskiem, wiwatowali dla zasady. Ci, którzy kibicowali przeciwnikom Liefa, wiwatowali lub nie – zależnie od swojej własnej definicji słowa uczciwość, ci którzy kibicowali Liefowi – czyli my – stali zamienieni w bryły soli, naturalną rzeczy koleją w całkowitym milczeniu i osłupieniu. Ja otrząsnąłem się szybko i spojrzałem, podobnie jak Gatarel, na numer ósmy. Podbiegł do grubasa i zaczął coś mu klarować, gestykulując intensywnie. Po chwili chyba już na siebie wrzeszczeli, wnioskując z min i gestów – w zgiełku nie było nic słychać. Co do pozostałej siódemki przegranych, część stała w osłupieniu lub drapiąc się po głowie, część entuzjastycznie, a może nawet, kto wie, szczerze, gratulowała Liefowi. Główny bohater tego zamieszenia stał równie osłupiały jak pięć i dziesięć minut wcześniej. W sumie w ogóle chyba nie drgnął od wypadku kuchcika – tylko, że o ile wcześniej milczał, teraz coś próbował wykrztusić. Niezbyt skutecznie. Cały Lief.
O ile „Ale ja nie...” i tym podobne jąknięcia Liefa były cichutkie, to naturalnie po tej pierwszej chwili zaskoczenia, my już darliśmy się przeraźliwie. Delia podskakiwała wiwatując, ja pohukując machałem młotem nad głową, wzbudzając panikę osób dookoła mnie. No, Korn i Dor trochę bardziej powściągliwie okazywali radość, ale przecież też cieszyli się z sukcesu kucharza. Wdarliśmy się na podest, omijając lekko spanikowanego widokiem Korna strażnika i otoczyliśmy Liefa, nie przestając wrzeszczeć.
Po chwili niehamowanego entuzjazmu, oderwałem się od przyjaciół i poszukałem wzrokiem grubasa. Wciąż kłócił się z kucharzem – trudno to nazwać dowodem czegokolwiek i rzeczą jasną było, że trzeba znaleźć dowód. Zwróciłem się do Gatarela.
- Po prostu trzeba znaleźć kuchcika, ja już z niego wyduszę prawdę. Jak powie, że tamten kazał mu wywalić ten stół, to...
- Tak tak – wpadł mi w słowo Gatarel, krzywiąc się na samą myśl o kontynuowaniu przeze mnie werbalnego łańcucha gróźb – Ale wyduszanie nie będzie konieczne, mam inny pomysł.
- Jaki? – zdziwiłem się.
- Prosty i skuteczny, zobaczysz. Znajdźmy chłopaka.
Kuchcik znalazł się bardzo szybko. Razem z pozostałymi, dyskutował zawzięcie z jednym z nich.
- Patrz. – usłyszałem od strony barda i odruchowo na niego zerknąłem. Już chciałem się spytać na co mam patrzyć, kiedy zamiast Gatarela zobaczyłem grubego sekretarza konkursu, który patrzył na mnie jak na ostatniego łachmytę tymi swoimi kaprawymi oczkami... jednak wokół niego lekko migotała magia – czar iluzyjny, jakim potraktował się elf.
- Podejdź no tu – po prostu skinął na chłopaka, gdy ten go zauważył.
- Tak, panie?
- Nie tak się umawialiśmy... – syknął, spoglądając groźnie na biednego kuchcika.
- Ale... ale, panie... – zaczął się jąkać – Zrobiłem dokładnie co kazaliście! Miałem tylko wywrócić stolik! – zamilknął na drgnienie dłoni barda, który po prostu odwrócił się i poszedł, zostawiając wystraszonego i zdezorientowanego kuchcika samemu sobie. Gdy znikliśmy w tłumie, Gatarel wrócił do swojej postaci. Tłum, jak to tłum, nie zwrócił na nic uwagi. Gdy już otwierałem usta, żeby powiedzieć co teraz zrobię tym cwaniakom, elf powiedział.
- Chyba mam dla nich odpowiednią karę. – i pozostało mi jedynie podreptać dalej za nim, drapiąc się po głowie i czując się nieswojo.
Wróciliśmy do centralnej części podestu. Większość kucharzy zbierała swoje rzeczy, koleś w czapie również, Lief zaś rozmawiał z organizatorami – Delia, Korn i Dor musieli ustąpić im miejsca. Grubego sekretarza nie było wśród nich, stał z boku rzucając zawistne spojrzenia przybłędzie, który śmiał pokrzyżować jego plany.
- Patrz – znowu powiedział Gatarel. Poczułem drgnięcie magii, ale nic się nie stało. Nie widziałem żadnego efektu rzuconego zaklęcia. Oszust jak stał, tak stał. No, zabił komara, który kręcił się koło jego twarzy. Komara zimą?! - dotarło do mnie pokrótce. Po kilku sekundach cel czaru już intensywnie młócił powietrze próbując opędzić się od os, komarów i demony wiedzą jakich jeszcze insektów. A te nie pozostawały bierne, zwyczajnie, jak to insekty się odgryzając, toteż wkrótce wrzeszczący grubas zaczął budzić publiczne zainteresowanie, jednak owadów wciąż napływało... gdy chmara zrobiła się widoczna z pewnej odległości, najbliżsi gapie zaczęli panikować. Bzyczenie również było słychać z odległości w jakiej staliśmy. W przypływie rozsądku uciekł do namiotu, ale zanim zasznurował wejście, większość chmary już była w środku... po chwili pewnie już żałował owego przypływu rozsądku, o czym świadczył hałas i co chwile pojawiające się wybrzuszenia płótna. Zaniosłem się śmiechem.
- Może być – parsknąłem. – Ale wąsatego załatwiam ja, mam myśl – istotnie wpadłem na pomysł czegoś, co zapamięta – choć pewnie nie przyjdzie mu nigdy do głowy, iż miało to jakikolwiek związek z jego nieudaną próbą nieuczciwej rywalizacji. Rozejrzałem się za kucharzem z ósmego stanowiska - stał nieopodal, wciąż jeszcze, podobnie jak wielu mieszkańców miasta, gapiąc się na szamoczącą się w namiocie ofiarę czaru chmary. Teraz była moja kolej, aby powiedzieć:
- Patrz.
Rzucenie tego zaklęcia wymagało sporej koncentracji i jeszcze większej precyzji, ale na szczęście cel się kompletnie nie ruszał, wpatrując się zdumiony w swego miotającego się w namiocie wspólnika. Mruknąłem słowo zaklęcia, skupiając się na tym jednym, wybranym punkcie przestrzeni, gdzie miało wybuchnąć, malutkie, lecz bardzo gorące piekiełko. A miejscem to znajdowało się cal przed wąsami kucharza.
Naturalnie, wrzasnął, oparzony i rzucił się do tyłu, klapiąc na tyłek. Ponieważ czar miał malutki obszar, nie zdążył spowodować żadnych obrażeń – poza drobnym szczegółem. Niemniej, dla kanciarza nie był on taki drobny.
- Moje wąsy! – ryknął przeraźliwie, trzymając się za miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się jego chluba. Najbliżej stojący pomyśleli, że owady zaatakowały kolejną osobę i przestrzeń wokół niego momentalnie zrobiła się pusta.
- Nie boisz się, że będzie szukał tego co to zrobił? – uśmiechnął się do mnie elf.
- W mieście jest zbyt wielu magów, aby ktokolwiek mógł cokolwiek komukolwiek udowodnić. Prawem nic nie wskóra... a oprychów się nie boję. Zresztą, nie wiadomo nawet czy on jest stąd, ani czy jeśli jest, my tu dłużej zabawimy. Ja wracam do reszty, sprawiedliwości stało się zadość, przynajmniej dla mnie. Co porabiasz dziś wieczorem, elfie? My, jak pewnie łatwo się domyśleć, będziemy świętować. Jest co.
komentarze [6]Wy nie wiecie, a ja wiem... >> czwartek, 15 marca 2007 00:14:50
Gandi wystawił łepek z boku, obok niedomkniętej klapy.
- Teraz pobiegniemy znowu na drogę. Może być tłoczno i niebezpiecznie, także musisz posiedzieć jeszcze trochę w środku.
Szczeknął potwierdzająco, ale się nie schował. Brzmiało to raczej, jak „No to biegnijmy”.
Na drodze już się nieco przerzedziło. Zostali ci, którzy wydostali się z miasta później, ci którzy wydostali się z centrum i ci, którym zbrakło sił na dalszą ucieczkę. I ciała. Tych, którzy nie dali rady. Albo zostali zamordowani w trakcie ucieczki, odkryłem ze zdziwieniem po paru minutach widząc zwłoki z ranami zadanymi sztyletem. Nie mieliśmy czasu na pomoc rannym, brnęliśmy dalej, uważnie się rozglądając, szukając śladów naszych znajomych. Zaczęło się powoli zmierzchać, ale łuna nad miastem zdawała się gasnąć, miast robić coraz bardziej widoczna. To nie był naturalny pożar. Ogień, jak żywa istota, żywi się powoli, stopniowo zwiększając swą moc, aż pochłonie wszystko dookoła. Ten ogień był tak samo obłąkany jak demon, który go wywołał.
Fakt, że ogień przygasł, zdawał się świadczyć o jednym – Wybrańca już tam nie było. Odszedł ukryty pod jakąś maską, odleciał czy po prostu znikł. Nieważne. Ważne było, że w razie gdybyśmy nie napotkali naszych przyjaciół na drodze, mogliśmy iść ich poszukać w mieście – choć na pewno wolelibyśmy tego uniknąć. Nikt nie wchodził do miast spalonych przez Niego. Po co kusić los?
Maszerowaliśmy szybkim krokiem, chcąc oszczędzić siły na później. Po paru minutach zrozumiałem, skąd mogły się wziąć rany zadane sztyletem. Przed nami dwie osoby, wyglądające na wyrostków broniło się przed pięcioma oprychami, którzy postanowili żerować na fatalnym położeniu innych, ale nie mieli dość odwagi, aby zacząć plądrować domy. Stwierdzenie, że mam niskie mniemanie o takich pasożytach, jest sporym niedomówieniem. Spojrzałem na Korna, on też chyba podzielał moje zdanie. Bez słowa ruszyliśmy biegiem w kierunku walczących.
Okazało się jednak, że ofiara nie jest taka bezbronna jakby się mogło wydawać. Jeden z chłopaków miał miecz i właśnie wyciągał go z piersi przeciwnika. Widać było, że skupił się jednak na obronie swojego przyjaciela, który miał do dyspozycji jedynie sztylet. Nasze wtargnięcie zmieniło rozkład sił. Zanim dotarłem do celu, długonogi Korn zdążył już przepołowić ukośnym cięciem w bark jednego draba. Chłopak z mieczem znał się na rzemiośle, orientując się w zmianie sytuacji, momentalnie od obrony przeszedł do ataku i ukąsił sztychem miecza drugiego. Ja walnąłem po swojemu, między nerki, trzeciego. Czwarty widząc co się dzieje rzucił szablę i próbował dać nogę. Nie zdążył – między jego łopatki wbił się dwuręczny miecz i było po sprawie. Niższy wyrostek, ten ze sztyletem, odgarnął grzywkę i się do mnie uśmiechnął. Dopiero teraz poznałem Delię. Ten z mieczem to był oczywiście Dor - tak więc nasze zdecydowanie i szybki marsz okazały się słusznym wyborem. Pozostała jeszcze kwestia Anarina.
- Dobrze was widzieć – wysapała łuczniczka.
Teraz dopiero mogłem się im przyjrzeć. Byli cali uwalani sadzą, jak gdyby wydostali się z kopalni węgla albo wpadli do komina i nieco ponadpalani – ale najwyraźniej nic się im nie stało. Nic dziwnego, że nie poznałem Dora – jego białe zazwyczaj włosy były teraz totalnie antracytowe.
- Mamy wasze rzeczy. – Lief zdjął z ramienia łuk, kołczan i plecak Delii i wręczył ucieszonej dziewczynie.
- Widzieliście Anarina? – trzeba było przejść do rzeczy.
- Nie... ale tam gdzie poszedł wybuchły pierwsze eksplozje.
Rozejrzałem się.
- Teraz i tak tam nie pójdziemy – zdecydowałem. – Pora na nocleg. Myślę, że w lesie będzie znacznie bezpieczniej niż koło drogi. Naradzimy się rano i podejmiemy decyzje.
Zagłębiliśmy się między drzewa. Po pół godzinie zrobiło się już w zasadzie ciemno. Oddaliliśmy się jeszcze kawałek od drogi i rozłożyliśmy obóz – Korn i Dor poszli nazbierać drew na ognisko – nie żeby to było trudne w lesie. Gdy wrócili rozdzieliśmy warty i rozpaliliśmy mały ogień. Było to z jednej strony właściwe, ale mogło ściągnąć niebezpieczeństwo.
Obudził mnie Korn, spojrzałem na księżyc prześwitujący między koronami sosen – była moja kolej. Znaczy się, nic do tej pory się nie działo. Włożyłem marchewkę do kieszeni, młot do ręki i poszedłem na obchód rozruszać kości.
Jedno kółko na granicy zasięgu światła, drugie... dwie godziny to trochę czasu jest.
Wysoki, kobiecy krzyk gdzieś niedaleko.
W sumie to krasnoludy nie mają wcale serc z kamienia. Po prostu inne rasy nie wierzą w przyzwoitość – a przyzwoitość wymaga, aby dobre uczynki były nagradzane – w przeciwnym razie równowaga byłaby zaburzona. Długouchy tyle gadają o równowadze, a tego jakoś pojąć nie mogą. W każdym razie wyłowiłem z kieszeni marchewkę, jednym kęsem pochłonąłem połowę i ruszyłem biegiem w ciemność, w stronę, z której dochodził głos. W momencie w którym dokończyłem marchewkę i rzuciłem zaklęcie, usłyszałem kolejny głos:
- Nie uciekniesz mi, suko! - chrapliwe i nieco zdyszane. Ten ktoś był o kilkadziesiąt metrów ode mnie.
Odgłos przedzierania się przez krzaki, przekleństwo i wszystko rozświetliło się na różowo. Dostrzegłem ruch nieco na prawo, przyspieszyłem. Przebiłem się przez krzaki i ujrzałem inspirującą scenę – jakiś zarośnięty osiłek szamotał się z dziewczyną. Walnął ją otwartą dłonią w twarz i przewróciła się na plecy. Drobna, smukła sylwetka, zielone falujące włosy, zwiewne skrawki materiału które więcej odsłaniały niż zasłaniały – jednym słowem leśniaczka. Nie wiem jak można nie usłyszeć przedzierającego się przez las krasnoluda, ale ten drab jakoś nie odnotował mojej obecności. Był zajęty. Cios młota trafił go pod pachę i z trzaskiem łamanych żeber cisnął nim jak starą szmatą na stojące obok drzewo. Istota, wciąż na plecach, desperacko czołgała się do tyłu, aż oparła się plecami o pień. Uśmiechnąłem się najspokojniej jak umiałem.
- Nic ci nie zrobię. Uciekaj, leśniaczko.
Najwyraźniej zrozumiała, a może tylko odgadła znaczenie z intonacji, gdyż odgarnęła niesforne kosmyki znad oczu, spojrzała na mnie, przytuliła się do sosny, szeptem wypowiedziała jakieś słowo i weszła w drzewo. Uśmiechnąłem się i wróciłem do ogniska i patrolowania. Dalsza część warty minęła bez atrakcji. Obudziłem wszystkich przed wschodem słońca. Nie było jęczenia, że jest wcześnie. Było dla wszystkich jasne, że to nie najlepsze miejsce na biwakowanie. Trzeba było podjąć decyzję i wynosić się stąd. Tylko co z Anarinem?
Kiedy już wszyscy się zebrali, a nie trwało to długo, zacząłem przemowę:
- Wszyscy wiemy, co musimy ustalić. Wiem, że nikt nie chce wracać do Feugo. Jeszcze nie teraz. Ale, jeśli założymy, że Anarin wciąż żyje, a nie powinniśmy myśleć inaczej, to musimy coś przedsięwziąć. A więc... – tu przerwałem zaintrygowany zachowaniem Gandiego. Szczeknął dwa razy, zaczął podskakiwać, znowu szczeknął, zakręcił się w pogoni za własnym ogonkiem, zatrzymał się i znowu zaczął szczekać - zupełnie jakby chciał, żebyśmy zwrócili na niego uwagę.
- Co jest piesku?
Znowu zaczął szczekać i podskakiwać.
- Nie rozumiem, przykro mi – zmartwiłem się.
Warknął i zaczął buszować po obozie, szukając czegoś. Ze stosu zniesionego chrustu wyciągnął jeden patyk. Znowu zaczął czegoś szukać – i znalazł. Trochę gładkiej ziemi, na której zaczął coś rysować patykiem trzymanym w zębach. Wszyscy, zaskoczeni, pochylili głowy nad miotającym się po piachu psem – nie był zadowolony z pierwszego „rysunku” i właśnie go zadeptywał. Po chwili narysował coś, co wyglądało jak ziemniak. Warknął głucho przez zaciśnięte na patyku zęby, zadeptał i namalował okrąg. Szczeknął zadowolony, domalował w środku dwa mniejsze kółka i po chwili dodał jeszcze łuk pod nimi. Twarz?
- Co chcesz nam powiedzieć, piesku? – dopiero teraz wykrztusiłem.
Machnął głową w kierunku ruin Feugo.
- To jest ktoś z Feugo?
Spojrzał na mnie, jakby z politowaniem.
- To Anarin? – spytała Delia, reszta wciąż stała zamurowana.
Szczeknął potwierdzająco.
- Co w związku z Anarinem więc? – wybełkotałem zdumiony.
Zadeptał poprzedni okrąg i intensywnie zabrał się za gryzmolenie patykiem. Namalował trzy mniejsze okręgi koło siebie i krańcowe uzupełnił oczyma i ustami. Środkowy został pusty. Zaszczekał, że skończył. Wpatrywaliśmy się w rysunek przez chwilę, po czym spojrzeliśmy na siebie. Wszyscy mieli podobny, pytający wyraz twarzy - chyba nikt więc nie zrozumiał. Gandi też to zauważył. Szczeknął i zaczął coś domalowywać, ale po paru pociągnięciach patyka zrezygnował. Zadeptał wszystko co było i zaczął od nowa. Namalował znowu kilka kółek – w większości narysował kreskowego ludzika, to jest chyba elfika, ale kilka zostawił pustych. Spojrzał na nas pytająco.
- Yyy... to jest Anarin, tak? – wydusiłem z siebie.
Szczeknął.
- No dobra, ale dlaczego te kółka są puste? – zastanawiała się na głos Delia. - Nie ma w nich Anari... – przerwało jej radosne szczeknięcie. – O to chodzi, piesku? – dwa szczeknięcia.
- No dobra, nie ma w nich Anarina. I co z tego? – nie bardzo kojarzyłem, a poza tym myśl, że pies próbuje nam coś przekazać wciąż nie bardzo mi się zgadzała. A Gandi na te słowa spojrzał na mnie. No cóż, wymownie.
- W porządku, u nas nie ma Anarina, w kółkach nie ma Anarina. To dlaczego w innych jest? Chcesz powiedzieć Gandi, że jest teraz gdzie indziej? W wielu miejscach naraz?
Warknął na mnie i zadeptał wszystkie kółka poza trzema – w pierwszym i trzecim był rysunek elfa, drugie było puste. Pod nimi namalował łuki, nad którymi były małe kółeczka, każde w innym miejscu względem łuku. Spojrzał na to, przekrzywił łepek, domalował jeszcze parę kresek przy każdym kółeczku i zaszczekał.
- Hmm... No jasne! Wschód, południe i zachód słońca! Hm, jest rano, znika w ciągu dnia i pojawia się wieczorem? – znowu spojrzał na mnie tym spojrzeniem.
- Hm, może niedokładnie tak... – wtrąciła Delia – spróbujmy ogólniej... po prostu co jakiś czas znika? – szczeknięcie.
- No ale co to ma do obecnej sytuacji? No dobra, gdzie znika? To znaczy dokąd? – zaskomlał. – Hmm... ale chodzi ci o to, że teraz zniknął, tak? – włączyła się znowu Delia. – znowu radośnie zaszczekał.
- Ale dlaczego? Dokąd?
- Cicho, Vadim! Nie to jest ważne! Ale żyje, tak? – łuczniczka znowu zwróciła się do szczeniaka. Gandi tylko szczeknął potwierdzająco.
- No, świetnie! – przemówił wreszcie Lief. – Ale gdzie jest?
Pies tylko rozejrzał się i spojrzał smutno.
- Chyba nie wie – mruknęła Delia. – Coś jeszcze chcesz namalować, coś jeszcze wiesz?
Szczeknął i zabrał się za deptanie rysunku. Złapał patyk i zaczął bazgrać. Znowu kółka, tylko że tym razem nie umieszczał w nich ludzika. Jakieś zygzaki i łuki. Góry, lasy i równiny?
- To wszystko?
Znowu szczeknięcie.
- No dobra... podsumujmy. Nie, właściwie nie ma co. Po prostu Anarin zniknął i gdzieś się pojawi. Czyli nie ma go w mieście i nie ma po co tam wracać. Tyle wiadomo. Ale jest coraz więcej rzeczy, których nie wiemy. Przede wszystkim skąd Gandi to wie. I jakim cudem w ogóle nam to przekazał? – oczy wszystkich zwróciły się znowu na psa. Powoli spojrzał na nas wszystkich i pisnął.
- No, to wiadomo, że jest inteligentny – wtrącił niepewnie Lief.
- Ale to nie mieści się w normie dla psa!
W tym momencie przyszło mi do głowy coś ciekawego.
Sięgnąłem do plecaka po srebrny pręt i położyłem go przed nosem szczeniaka.
- Wiesz przecież piesku do czego to służy, nie? To spróbuj wyczarować patyk.
- Nie, no bez jaj... – mruknął Korn.
Gandi powąchał pręt, szturchnął go nosem... a obok pojawiła się zgrabna gałązka. Wszystkim opadły szczęki. Szczeniak też wyglądał na zaskoczonego. Powoli, niepewnie, obwąchał wyczarowany patyk, obszedł go, szturchnął nosem i... zaszczekał zadowolony. Wszyscy się roześmieli.
- No nie, mamy kolejnego czarodzieja w drużynie! – parsknął Dor.
- Chodź no tu na chwilkę, Gandi. Mam coś dla ciebie.
Schyliłem się i odpiąłem mu obróżkę. Zdjąłem pierścień z palca, nanizałem na srebrne sploty i zapiąłem z powrotem na szyi psa.
- To służy do podnoszenia przedmiotów. Skoro jesteś magiem, to trzeba żebyś mógł czarować. Jest twój – uśmiechnąłem się do niego. Po chwili wyczarowany przed chwilą patyk uniósł się powoli. Gandi zaczął podskakiwać i szczekać, a patyk spadł. Znowu wybuchły salwy śmiechu. Gandi łapką poprawił pierścionek, po czym wzniósł się w powietrze. Nawet mnie zamurowało. No tak – jedyny mag na tej planecie, który waży na tyle mało, żeby używać telekinezy do latania nawet na pierwszym poziomie umiejętności. Ale trzeba przyznać, że dopiero to się szczeniakowi spodobało. Szczekał, głośno i piskliwie, wywijając kółka nad naszymi głowami.
- Hej, jeszcze się nalatasz. Teraz idziemy.
- A gdzie idziemy? – padło pytanie z tłumu.
- No jak to gdzie? Odprowadzimy pana Wurna do Ralowen. Nie mamy nic lepszego do roboty. – kupiec, który trochę chyba bał się wtrącać wcześniej do naszej rozmowy, zresztą może zamurowało go wystąpienie Gandiego, teraz się rozpromienił. Nie dziwiłem mu się, chyba już udowodniliśmy swoją skuteczność jako ochrona, a Nemelios jeden wie, co mógłby spotkać na swej drodze gdyby szedł sam. Zresztą miał złoto, które dostał za swoje towary...
- Dobra, nie ma co mitrężyć. Zasypać ognisko i idziemy. Namyślimy się po drodze. Panie Wurn, proszę wziąć plecak Anarina. Nie jest ciężki.
Po parunastu minutach doszliśmy do drogi i ruszyliśmy szlakiem na północ, zostawiając za plecami pogorzelisko, które kiedyś nosiło miano Feugo. Pogrążyłem się w myślach na temat Anarina.
Podejrzewałem, że nie jest zwykłym elfem, ale jedyne co na niego miałem dotychczas, to to, że przeżywał mimo śmiertelnych obrażeń. A dokładniej, to, że umierał, a mimo to później dochodził do siebie. Podejrzewałem go o to, że był Wybrańcem, ale musiałem zrewidować swoje poglądy. A więc kim jest? No cóż, tego na razie się nie dowiem. Ale ten świat pełen jest rzeczy, o których nie uczą w szkole, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Tylko jaka jest rola Gandiego w tym wszystkim? Znaleźliśmy go przed spotkaniem z Anarinem i w sumie cały czas był z nami. Hm, nie zawsze. Elf... czy na pewno elf? W każdym razie lubił z nim spacerować poza obóz o zmroku. Może powiedział szczeniakowi coś o sobie, nie wiedząc, że ten jest wyjątkowy i będzie mógł się wygadać? No cóż, jakby nie było, znowu mamy znacznie więcej pytań niż odpowiedzi. I ten pies... no cóż. Sam nie wiedziałem co o tym myśleć. Skoro był inteligentny, to jego zdolność do czarowania zależała już tylko od jego siły magii, ale tak naprawdę to nie sposób było ustalić, czy to talent, czy klasyczna magia. Pozostało mi tylko więc czekać i zobaczyć co z niego wyrośnie.
- Vadim! – z zamyślenia wyrwał mnie krzyk łuczniczki, prosto do ucha.
Przed nami skakało kilka impów.
komentarze [18]Płomienie >> piątek, 2 lutego 2007 19:11:34
Przepraszam, że notka taka krótka i tak długo na nią czekaliście, ale po pierwsze, Lena uparła się, że należy przerwać w tym miejscu, a po drugie, jeszcze pół dnia spędzam w szpitalu... Jeszcze tydzień i wpadamy w nowy młyn - studia. Z w/w powodu nie odwiedziłem Waszych blogów, taste-of-blood i briza. Ale mamy weekend, więc postaram się to zrobić jeszcze dzisiaj. To by było na tyle, zapraszam do czytania.
* * *
Dymu było coraz więcej. W naszych miastach, zbudowanych głównie z kamienia, pożary nie rozprzestrzeniają się tak szybko, jeśli w ogóle. Ale ten prymitywny sposób budowania z drewna aż się prosił o takie kataklizmy. Otrząsnąłem się z zaskoczenia, w tym czasie Lief i Korn dopchali się do okna. Przypomniał mi się starzec, którego spotkaliśmy na szlaku. Ewidentnie zmierzał, tak jak i my, do Feugo. Dodałem dwa do dwóch i zostało mi tylko wrzasnąć:
- Chłopaki, to On! Brać graty i wiejemy!
Nie zdążyliśmy się rozpakować, to raz, dwa, w naszym zawodzie nie ma wolnomyślących – naturalna selekcja. Także po kilkunastu sekundach wybiegaliśmy z gospody, każdy z dwoma plecakami. Ponieważ spodziewałem się chaosu przy bramach, jeszcze w pokoju zgarnąłem Gandiego do torby. Nie chciałem, aby się zgubił, albo, co gorsza, został stratowany. Od centrum płynęła ulicami w kierunku bramy rzeka mieszkańców miasta. Daliśmy się jej porwać, gdyż tylko tak mogliśmy się stąd wydostać.
- Nie rozdzielajmy się! – było dla mnie oczywiste, że z moim wzrostem, gdy w tym tłumie stracę przyjaciół z oczu, mogę mieć problemy. Złapałem Korna za rękaw i pozwoliłem się holować.
Odwróciłem głowę i pośród dymów oraz bijących w niebo płomieni ujrzałem postać unoszącą się w powietrzu nad dachami. Z Jego ogniem nie szło wygrać – póki jednak palił centrum, ci przy bramach mieli jakieś szanse.
Wyglądał na dość zajętego. Porwał w powietrze jakąś kobietę i uderzył jej bezwładnym ciałem o kulę ognia. Odbiła się jak szmaciana laleczka i uderzyła w kolejną. Do moich uszu dotarł radosny śmiech sadysty. Korn pociągnął mnie dalej.
- Widzę Wurna! – żołnierz górował nad tłumem o pół głowy.
- Przepchnij się do niego!
Pomimo iż pchał nas potok uciekinierów, wojownik skręcił nieco w bok. Głosy ludzi, których spychał z drogi łokciami, tonęły w straszliwym szumie, na który składało się wycie ludzi, trzask płomieni i walących się dachów. Przez tą kakofonię przebijał się tylko jeden czysty dźwięk. Upiorny śmiech szaleńca. Powziąłem mocne postanowienie nie odwracać się. Nie miałem na to najmniejszej ochoty, ale ten śmiech przykuwał uwagę. Do kupca mieliśmy kilkanaście metrów. Złapałem Liefa, który zachwiał się pchnięty przez kogoś i pociągnąłem go za sobą i Kornem.
Do kupca dotarliśmy po chwili. O tym, że nie panikuje z byle powodu mieliśmy się już okazję przekonać, także i teraz, choć na pewno przestraszony i zdezorientowany, nie poddał się strachowi. Niemniej niewątpliwie ucieszył się na nasz widok.
- Wyciągniemy pana z tego piekła. Proszę się nas trzymać!
Korn skręcił, włączając się ponownie w potok tratujących się wzajemnie ludzi. I ja nadepnąłem na coś miękkiego. „Czasem tak trzeba”, przypomniał mi się głos ojca, gdy wycofywał ratowników próbujących od kilkudziesięciu godzin dojść do dwóch zasypanych górników. Przepychaliśmy się dalej, próbując zdążyć do bram, zanim Wybraniec znudzi się okolicą rynku i podleci tu, gdzie jest więcej spanikowanych ludzi. Znów zabrzmiał jego śmiech. Odwróciłem głowę, podskoczyłem i dostrzegłem demona wiszącego w powietrzu. Wciąż bawił się ludźmi jak piłeczką, tylko że znacznie bliżej nas. W jego najnowszej ofierze rozpoznałem Peanena. Wprawdzie zawsze mnie irytował, ale nawet on nie zasłużył na taki los – spalenie żywcem, będąc zawieszonym gdzieś w powietrzu. Nie mogliśmy jednak nic zrobić. Pomimo, iż zbliżaliśmy się do murów miasta, krzyki płonących słychać było coraz bliżej. Znowu odwróciłem głowę, by spojrzeć za siebie. Demon wydał z siebie jakiś obłąkańczy dźwięk, obrócił się w powietrzu do góry nogami i znurkował na rzekę ludzi. Cała okolica zapłonęła straszliwym ogniem.
Byliśmy już niedaleko bramy, kiedy odgłosy paniki podniosły się o oktawę. Po chwili zrozumiałem dlaczego. Tuż przed murami rozciągała się ściana magicznego pola. Ludzie walili w nią pięściami, kto miał używał broni, lecz ciosy odbijały się jak od tarczy. I ten śmiech. Nie wiem co Go tak bawiło, ale śmiał się co chwila. Pewnie gdy ktoś umierał. Może Jego energia rosła wraz z każdą wracającą do pierwotnej magii duszą? Nagle oświeciło mnie czemu nigdy nie było świadków kataklizmu. Pojąłem, że niedługo dołączę do długiej listy jego ofiar. W zasadzie pierwsze co pomyślałem następnie, to to, że nie warto ginąć bez walki. Ścisnąłem mocno rękojeść młota i odwróciłem się. Nogi się pode mną ugięły.
Przede mną wisiał Wybraniec. Do góry nogami, także nasze twarze były na tej samej wysokości. Może to dziwne, ale nie miałem okazji przyjrzeć się twarzy. Jedyne co widziałem, jedyne na co mogłem patrzeć, to oczy. Obłąkane jeziora roztopionego srebra. Pochłaniały wszystko, a odbijały się w nich oczy bogini. Oczy Ilieny...
W mojej głowie rozbrzmiały słowa:
- Może się pobawimy? – głos tchnął nadzieją, jak u małego dziecka.
Mimo, iż przed chwilą jeszcze chciałem stawić Mu czoła, to teraz szczękając zębami wydukałem z siebie odpowiedź:
- Z tobą? Nigdy...
- Nudny jesteś. – wyraźnie był zawiedziony.
Wykręcił w powietrzu salto, złożonymi stopami ocierając się o moje włosy. Wzniósł się wyżej i przez chwilę jakby się nad czymś zastanawiał. Po chwili pole znikło. Rzeka ludzi przerwała tamę i wylała się na drogę prowadzącą z miasta do lasu. W końcu odleciał w kierunku przeciwnej bramy, nie omieszkając wywołać eksplozji kilku budynków. Dawno, jeśli kiedykolwiek, nie czułem takiej ulgi.
- Korn, pchaj się do lasu! Trzeba wyrwać się z tłumu, bo nie będziemy mieli szans jeśli zachce się Mu ścigać ludzi!
Wojownik zaczął przeć w lewo, po chwili znaleźliśmy się między drzewami. Biegliśmy w czwórkę jeszcze parę minut, żeby oddalić się od drogi.
- Dobra, starczy! – wydyszałem ciężko. Stanęliśmy i rozejrzałem się. Nikogo nie było wokół nas, słychać było jedynie szum drzew – cisza i spokój. Aż trudno pomyśleć, że jakieś dwa kilometry stąd miała miejsce masakra. Poczułem jak miękną mi kolana i kręci się w głowie – to uchodziło ze mnie napięcie. Skończyła się jazda na adrenalinie i do głosu doszedł rozsądek. Wprawdzie mieliśmy wszystko, ale brakowało trzech osób. Delia i Dor szli właśnie do centrum. Nie mieli dużych szans uciec z tego piekła, ale nie mogliśmy zakładać najgorszego. Trzeba było wrócić na drogę i rozejrzeć się. No i co z Anarinem? Wyglądało na to, że znalazł się w epicentrum zagłady. Wprawdzie przyzwyczaił nas do tego, że wychodzi żywy z każdej sytuacji, ale czy miało tak być i tym razem? Rzuciłem więc komendę:
- Wszyscy cali? Jeśli tak, to wracamy na drogę. Trzeba się rozejrzeć za Delią, Dorem i Anarinem.
Z plecaka rozległo się ciche:
- Hau?
komentarze [15]Wyścig >> czwartek, 28 grudnia 2006 19:19:07
Prawie wyrobiłem się przed Świętami. Winna temu "prawie" jest oczywiście przedświąteczna gorączka. No ale cóż to pięć dni przy wieczności :) ? Zaraz zabieram się za zaległe wizyty. Od teraz notki powinny ukazywać się w miarę regularnie, mam wenę. Początkowo były z nią trudności, ale jakoś dzięki Lenie i jej uporowi jakoś je przezywciężyłem. Zapraszam na jej blog, może i u niej za jakiś czas pojawi się Vadim.
* * *
Dwudziesty piąty listopada. Dzień jak co dzień na szlaku. Przejściowe trudności na jakie natrafiła nasza karawana nie miały jednak związku z nami jako ochroniarzami. Było to raczej zmartwienie wozaków – po prostu pękła oś. Wymiana zajęła parę godzin – trzeba było rozładować wóz, naprawić uszkodzenie i ponownie załadować. To opóźniło nas trochę i w efekcie nie zdążyliśmy dojechać do wioski, która była naszym celem na ten dzień. Nocowaliśmy w szczerym polu – w przenośni oczywiście, bo dookoła nas był tylko sosnowy las.
Rano ruszyliśmy dalej. Śpieszyliśmy się, żeby nadrobić stratę – szliśmy więc dziarskim krokiem, a wozacy nie żałowali batów koniom. Coś jednak nie pasowało Anarinowi, który zaczął marudzić.
- To musi być ciekawa rzecz, tak wziąć i umrzeć.
- Co ty wygadujesz?
- Weźmy taką śmierć głodową. To ciekawa śmierć. Najpierw mija parę dni, które jakoś idzie wytrzymać. Potem każda godzina staje się wiecznością... Zaczynasz obsesyjnie przełykać ślinę, wierząc, że uratuje cię to od śmierci... Głód znika, ale jesteś coraz słabszy. Aż w końcu nie masz siły podnieść powiek. Zapadasz w sen, powoli lecz nieuchronnie. I nie budzisz się już nigdy...
- Wypluj te słowa! – warknąłem.
- Mogę się w ogóle nie odzywać – obraził się.
Wzruszyłem ramionami. Elf demonstracyjnie ściągnął usta i zadarł głowę. Obraził się. Typowe dla długouchych.
Przez wioskę przejechaliśmy koło południa. Zatrzymaliśmy się żeby napoić konie w korycie przy studni, otoczyła nas zgraja dzieciaków, jak to na wsi. Najbardziej interesowała ich oczywiście nasza broń, a ich matki starały się przegonić swoje pociechy z powrotem do innych zajęć. Ale zainteresował się nami ktoś jeszcze.
- Panie elfie! Panie elfie! Nie chciałby pan kupić trochę miodu? – doczepił się Anarina jakiś wieśniak. Elf tylko wzruszył ramionami. A więc wciąż obrażony. Postanowiłem wykorzystać sytuację:
- Mój kompan jest niemową. Ork wyrwał mu język. – Anarin wykorzystał fakt, że handlarz miodem odwrócił się do mnie i pokazał mi rzeczony organ.
- To straszne!
- No niestety. A tak pięknie śpiewał. – elf tylko przewrócił oczyma.
Sprzedawca był tak zszokowany, że nie wpadł na pomysł zaproponowania miodu komuś innemu. Wozacy skończyli poić konie i odjechaliśmy.
Wkrótce przejechaliśmy po dobrze utrzymanym moście. Cały dzień gnaliśmy jak królewscy kurierzy i zdążyliśmy dojechać do zatoczki jeszcze przed zmierzchem. Anarin wciąż się nie odzywał. Na postoju ktoś już przygotowywał się do noclegu – kupiecki wóz z trójką eskorty. Znosili właśnie drwa na ognisko. Wurn znał tego kupca, my co prawda nie znaliśmy trójki towarzyszących mu ludzi, ale przy ognisku i bukłaczku szybko nadrobiliśmy zaległości.
Rozmowa , samoistnie, jak to rozmowa, zeszła na wydarzenia z miast i stron, z których wyjechały karawany. W Feugo, parę dni wcześniej, miały miejsce zawody biegaczy. Nowi pochwalili się, że jeden z nich, wziął w nich udział i zajął niezłe, piąte miejsce. Varn, bo tak miał na imię biegacz, rzucił zaraz:
- To nic takiego – uśmiechnął się, tak jakby protestował jedynie przez grzeczność.
- My też mamy w ekipie biegacza. – ja z kolei uśmiechnąłem się złośliwie, przeczuwając dobrą zabawę.
- Tak?
- Może byśmy urządzili jakieś zawody? – miałem nadzieję, że Anarin nie popsuje mi rozrywki swoimi humorami i zgodzi się wystartować.
- Ja bardzo chętnie. Który z was to ten zawodnik? – obrzucił wzrokiem naszą grupę.
- No przecież, że nie ja – roześmiałem się. – On – wskazałem na elfa. - Co ty na to, Anarin? Pościgasz się z profesjonalistą? – elf skinął głową.
- Wybaczcie koledze, obraził się na mnie i nie odzywa się od wczoraj – odwróciłem się do Varna – To jak się ścigacie? Jaki dystans i warunki?
- A co proponujecie? – Varn uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć, że pokona szczupłego elfa na każdych zasadach.
Zmierzyłem wzrokiem pyszałka. Nie był wyższy od Anarina, ale mocniej umięśniony. Był bardziej zbliżony do stereotypu lekkoatlety niż elf.
- No to może zrobimy tak: pójdziecie szlakiem do Feugo dystans no i na trasie powrotnej odbędzie się wyścig. A dystans... co powiecie na dziesięć kilometrów?
Varnowi niemal opadła szczęka, ale szybko się opanował i wrócił do pozy twardego zucha. Zerknął na Anarina, który zajęty był obserwowaniem wiewiórki.
- Ja chętnie, ale nie chciałbym zamęczyć przeciwnika. – biegacz zadowolony z własnego sprytu wciąż się uśmiechał. Elf lekceważąco machnął ręką na zgodę, nie odrywając wzroku od gryzonia.
- No to ustalone. Ruszajcie, zanim się do końca ściemni.
Anarin z żalem oderwał się od zoologicznych rozważań i gestem zaprosił przeciwnika na szlak. Varn, który do końca miał nadzieję że elf nie zgodzi się na ten dystans, podążył za nim.
Wszyscy przy ognisku odprowadzili ich wzrokiem. Gdy znikli w szarości zmierzchu, z uśmiechem zadałem dwóm towarzyszom lekkoatlety pytanie:
- Jak myślicie, kto wygra?
- Ten wasz elf to takie chucherko. Zamęczy się i padnie.
- A ja tak myślę, że ten wasz biegacz, to krótkodystansowiec. To on zamęczy się i padnie. Może się założymy?
- Dobra.
- No to stawiam sztukę złota.
- Sztuka złota raz. Przybijam!
Wurn, który rozmawiał na boku z Peanenem i kupcem z Feugo, zainteresował się podniesionymi głosami przy ognisku.
- Co się dzieje, panowie?
- Anarin i Varn, kolega tu tych panów, mają się ścigać. Przed chwilą ruszyli. A my tu mały zakładzik właśnie zrobiliśmy.
- Tak? – podeszli pozostali dwaj kupcy. Wurn zwrócił się do swojego znajomego. – Jeden z moich ochroniarzy ściga się z twoim, Haral.
- Z Varnem? To nie ma szans. Widziałem go na zawodach. – z pewnością w głosie odrzekł kupiec.
- Tak? No to będę bronił honoru swej eskorty. Stawiam dziesięć sztuk złota na Anarina.
- Przybijam! Ta karawana to łatwa kasa, ale nie spodziewałem się że zacznę zarabiać już po jednym dniu drogi! – roześmiał się Haral.
- Jeszcze się zobaczy.
Usiedliśmy z powrotem przy ognisku. Lief zakrzątnął się wokół kolacji. Zjedliśmy i żeby zabić czas w oczekiwaniu na biegaczy zaczęliśmy snuć różne opowieści i historie. Każdy z nas widział już kawałek świata i miał co opowiadać.
Po mniej więcej dwóch i pół godzinie (było już całkiem ciemno) w krąg światła wbiegł Anarin. Jak po każdym wyścigu był całkiem pobudzony. Wysiłek temu wariatowi wyraźnie dobrze robił.
- I jaki mam czas? Nie patrzcie tak na mnie. Znudziło mi się siedzieć cicho.
- A skąd mamy wiedzieć? Przecież nie wiemy kiedy wystartowaliście. To ty wiesz najlepiej ile biegłeś.
- Jakieś pół godziny. Może dwadzieścia pięć minut. – rozłożył się pod drzewem. – Wiewiórka uciekła?
- Nie. Schowała się do dziupli. – przewróciłem oczami.
Odpaliliśmy minutową klepsydrę Liefa i zaczęliśmy mierzyć, o ile wolniejszy będzie Varn. Przywlókł się zziajany po dziesięciu minutach. Padł, jego towarzysz litościwie rzucił mu bukłak z wodą. Po chwili, jego oddech zaczął się uspokajać. Spojrzał na Anarina i wykrztusił:
- Poootwór...
- Uznaję to za komplement. – uśmiechnął się elf.
Kompani Varna byli w lekkim szoku. Mechanicznie wypłacili mi moją sztukę złota. Wurn uśmiechnął się do Harala.
- Jak dalej ci tak będzie szło zarabianie na tej karawanie, to już cię twoja żona rozliczy jak wrócisz do Feugo.
- Kurde, dziesięć minut... Spokojnie, Wurn, jeszcze się odkuję. – sięgnął po sakiewkę i odliczył monety na rękę młodego kupca.
Varn jeszcze chwilę łapał oddech.
- On mnie normalnie zarżnął...
- Siadaj, i tak miałeś niezły czas. – wyciągnąłem w jego kierunku bukłak z piwem.
Tu, koło miasta, w zasadzie nic nam nie groziło, więc przy ognisku było tego wieczora głośno i gwarno. Peanen i Wurn mieli powody do zadowolenia, bo pomimo wielu perypetii byli już przy celu podróży, a my – najemnicy – zawsze mieliśmy powody do imprezowania. Była głucha noc, kiedy wystawiliśmy warty i poszliśmy spać. Pierwszy zasnął Varn.
Rano w dobrych humorach ruszyliśmy w ostatni dzień podróży. Trakt tu był równy, może nieco wyjeżdżony. Góry i lasy zostały za nami. Tuż po południu na horyzoncie ukazały się mury miasta.
Doprowadziliśmy karawanę do magazynów. Tam Peanen, który w mieście czuł się widocznie znacznie pewniej niż na szlaku, zaczął pokrzykiwać na pracowników aby czym prędzej zabrali się za rozładowywanie wozów. Wurn zajął się nami. Wypłacił nam naszą zapłatę i dorzucił jeszcze ładnych parę sztuk złota za działania, do których nie byliśmy zobowiązani umową. Poszliśmy więc do karczmy, żeby roztasować się i ustalić plany naszej drużyny na najbliższe dni.
Gdy umieściliśmy się już w przydzielonym pokoju, zaczęła się dyskusja. Ta wyprawa dała nam nieźle w kość, więc przebąkiwaliśmy generalnie o paru dniach wolnego – poza Anarinem.
W zasadzie niczego nie ustaliliśmy, ogłosiliśmy więc czas wolny. Marzyłem o kuflu piwa przy kominku, w wygodnym fotelu, w którym nie majtałbym nogami. W karczmie fotela bym nie uświadczył, ale piwo i kominek były, a jakże.
- Mam tu znajomego, muszę go odwiedzić. – rzucił nagle elf. I wyszedł.
- Ja nigdzie nie idę – stęknął Lief. – Rano pójdę na rynek uzupełnić zapasy, ale teraz chcę mieć święty spokój.
- A ja z kolei się przejdę. – powiedział Dor. – Cholera, pożyczycie mi trochę grosza? Ci bandyci zwinęli mi wszystko co miałem.
- Nie ma problemu. A na co i ile potrzebujesz?
- Muszę skołować jakiś porządny miecz, jeśli mam być do czegoś przydatny.
- Tak po prawdzie, to przyda ci się i parę innych rzeczy – wtrąciła Delia. – Plecak, buty, sztylet, trochę innego ekwipunku. Ubrania na zimę. – dodała po chwili namysłu.
- No tak, to się zgadza. Nie ma problemu, Dor. Chromolić to. – wyciągnąłem z plecaka jedną z sakiewek i rzuciłem chłopakowi.
- Przejdę się z tobą. Pomogę ci w zakupach – zaoferowała się łuczniczka.
- Dzięki. No to chodźmy. – i wyszli.
Korn przeciągnął się, aż mu coś chrupnęło w mostku.
- Dobra, to co robimy?
- Proponuję iść na dół coś zjeść i wypić.
- W porządku. Za chwilę. Najpierw się trochę umyję.
Dla mnie piwo zawsze miało priorytet przed kąpielą, ale nie chciało mi się iść samemu. Zdjąłem więc buty i walnąłem się na łóżko. Nawet nie zauważyłem kiedy zapadłem w drzemkę.
Obudziło mnie niejasne poczucie, że coś jest nie tak. Zerwałem się z łóżka, Korn który kończył zabawę nad miską wody na krześle spojrzał na mnie. Zwróciłem uwagę na Gandiego. Stał na stoliku pod oknem, oparty przednimi łapkami o parapet i warczał, ze zjeżoną sierścią.
- Co jest, piesku? – ja mogłem mieć złe przeczucia, ale psy mają instynkt.
Szczeknął. Wyjrzałem przez okno.
Nad centrum miasta unosił się gęsty dym.
komentarze [24]Coś na przeżycie >> poniedziałek, 27 listopada 2006 02:56:53
Przepraszam wszystkich moich czytelników i komentujących, że nie dodaję notki. Po prostu od dwóch miesięcy jestem w szpitalu i nie za bardzo mam jak pisać. Jeśli ktoś (np. taste-of-blood, pozdrawiam:) ) zostawił powiadomienie o nowej notce, to wkrótce Was odwiedzę, nie martwcie się, nie zapomniałem o Was. Podziękowania też dla Linroe, nie mam czasu przeczytać wszystkich komentarzy jakie zostawiłaś. Jak tylko będę mógł dłużej posiedzieć przy kompie zrewanżuję Ci się tym samym :) Pozdrawiam wszystkich cieplutko i obiecuję nową notkę jeszcze przed Świętami :)
Pa
vZ
komentarze [8]Cogito, ergo sum goblinum :) >> środa, 11 października 2006 19:50:28
*
Zapraszam na arran, blog mojej MG. Ten sam świat, jedynie inni bohaterowie i inne czasy. Ale Vadim wciąż żyje :)
*
Tup, tup – dreptaliśmy za wozami.
Skrzyp, skrzyp – skrzypiały koła wozów.
Nuda jednym słowem. Ale nie narzekaliśmy. Wciąż miałem zakwasy po ciągnięciu lodowych sań, ta wyprawa okazała się być męcząca dla wszystkich. No może poza Anarinem. Jego nic nie ruszało, pomimo iż odbył sam tak długą podróż. Słońce już zaszło, ale karawana jechała dalej, ażeby dotrzeć dziś do zatoczki dla wozów. Był koniec listopada, więc dzień się po prostu szybko skończył. Gdy dotarliśmy do miejsca na nocleg, okazało się, że ktoś już tam jest.
Samotny goblin.
Spokojnie więc zdjąłem młotek z pleców, Korn sięgnął po miecz, Delia nałożyła strzałę na cięciwę.
- Czy konieczne jest sięganie po te narzędzia mordu? – odezwał się goblin z wystudiowanym spokojem. My na to stanęliśmy jak wryci. Teraz przyjrzałem mu się bliżej. Nie miał żadnej broni, nie nosił też przepaski biodrowej, tylko skórzane spodnie.
- Na pewno wszelkie dysputy da się rozwiązać metodą polubowną – kontynuował stworek.
Nawet Anarin otworzył szeroko usta.
- Z mojej strony mogę zapewnić, iż przemoc nie leży w naszej naturze. Ale oto moi kompanioni wrócili z chrustem. Zapraszamy do ognia. – na polankę weszło jeszcze pięć goblinów, każdy z wiązką drewna na plecach. Oni również nie mieli broni i nosili spodnie.
Opuściliśmy broń, nie wiedząc co począć. W końcu... to gobliny!
- Zapraszamy, zapraszamy. – przyjaznym gestem zaprosił nas do ogniska. Podeszliśmy więc.
- Widzę panów, o przepraszam panią, państwa zdziwienie. No cóż, odnoszę wrażenie, że nasza aparycja nie oddaje w pełni wszystkich niuansów naszych osobowości. – znowu opadły nam szczęki, a jeden z zielonoskórych ustawił kociołek z wodą ze strumyka nad ogniskiem i wsypał do niego jakieś zioła.
- Tak, tak, nasz kolektyw preferuje wegetarianizm – dodał widząc nasze zdziwienie. Rozsiedliśmy się w milczeniu na pniakach wokół ogniska.
- Jak ugotujecie tę waszą zupę... czy mógłbym wstawić na ogień naszą kolację? – zapytał nieśmiało Lief.
- Ależ naturalnie, szlachetny panie! – odezwał się goblin mieszający w kociołku drewnianą łyżką. – Zaraz będzie gotowa.
- Czy panowie długo podróżują już po tutejszych traktach? – zagaił konwersację Anarin, chcąc przerwać krępującą ciszę z naszej strony.
- Już jakiś czas. A państwo?
- W tym składzie od kilku tygodni.
W międzyczasie zrobiło się już kompletnie ciemno. Pora było iść spać. Gobliny zaofiarowały się z pełnieniem wart, ale oczywiście im nie zaufaliśmy. Może byliśmy niesprawiedliwi, ale goblin to goblin. Wystawiliśmy więc także swoich wartowników. Ja jak zwykle wziąłem ostatnią wartę.
Obudził mnie Anarin. Wskazał dłonią jakiś kształt leżący na skraju polanki.
- Zobacz. Jeden z nich to załatwił. – podszedłem bliżej. To była około dwumetrowa pierzasta istota – jakiś rodzaj harpii.
– Jak?
Odpowiedział mi goblin-wartownik.
- Uśpiliśmy ją. Jesteśmy pokojowo nastawieni wobec wszelkich form egzystencji, ale nie jesteśmy bezbronni.
- To pewne... – odparłem nieprzekonany.
Spędziłem swoją wartę zerkając spod oka na goblina, który siedział w kucki grzejąc ręce przy ogniu. Wydawał się oddawać jakiejś formie medytacji – jego oczy utkwione były w płomieniach. Nie przeszkadzałem mu – i tak nastał ranek. Po śniadaniu wyruszyliśmy, każda grupa w swoją stronę.
Tego dnia jechaliśmy wyjątkowo szybko, a może po prostu odległość między postojami była na tym odcinku mniejsza – w każdym razie, postój wypadł nam jeszcze w świetle dnia. Rozłożyliśmy się obozem na leśnej polance. Gandi zaczął obwąchiwać okolicę. Ponieważ obowiązek zajęcia się końmi leżał na woźnicach, gotowanie na Liefie, to reszta nas, ochroniarzy, była już wolna. Ewentualnie mogliśmy zrobić jakieś rozpoznanie okolicy – i to właśnie zamierzałem zrobić, ale przy okazji chciałem coś sprawdzić – mianowicie, czy Gandi jest już na tyle duży, żeby nauczyć go tropić. Nie znałem się co prawda na tresowaniu zwierząt, ale wierzyłem w jego inteligencję.
Poprosiłem elfa, żeby zostawił swoją apaszkę w obozie i wyszedł na zwiad. Gandi miał ruszyć jego tropem. Po półgodzinie dałem materiał psu do powąchania i powiedziałem:
- Szukaj Anarina Gandi, szukaj.
Gandi szczeknął zachęcająco i ruszył szybko przebierając łapkami w krzaki. Pobiegłem za nim, torując sobie drogę młotem. Tak kątem oka, zauważyłem oparte o pień drzewa żelastwo elfa. Ten postrzeleniec znowu wybrał się na spacer bez miecza i sztyletów! Tym bardziej chciałem szybko go znaleźć.
Przedzierałem się za pieskiem przez krzewy, zastanawiając się, jak Anarin dał radę przez nie przejść kiedy nagle ziemia uciekła mi spod nóg. Wpadłem w jakiś trzymetrowy krater, na dnie którego leżało ciało. To był nasz elf, nieprzytomny. Zabrałem się za cucenie, gdy tylko nim potrząsnąłem, doszedł do siebie. Pierwszą rzeczą jaką usłyszałem było wymyślne elfie przekleństwo.
- Co się stało? – zapytałem cierpliwie.
- Wpadłem do tej dziury i walnąłem się w głowę. Nic mi nie jest, spokojnie.
- No to wstawaj i wracamy. Znowu polazłeś gdzieś bez broni. Wiem, że umiesz sobie radzić, ale to deprymujące.
Wyleźliśmy z dziury. Pogłaskałem Gandiego, w końcu znalazł elfa. Szczeknął wesoło i ruszyliśmy w drogę do obozowiska. Po drodze natknęliśmy się na źródełko i mały stawik, mały, ale głęboki. Taki z przejrzystą wodą – Anarin pochylił się nad nim.
- Tam coś jest!
- Co?
- Coś błyszczącego. – i zaczął zdejmować buty i wierzchnie odzienie.
- Mamy listopad, chyba nie chcesz do niego wchodzić.
- Elfy...
- ... się nie przeziębiają – dokończyłem za niego. – Ale bywa chyba im zimno?
- Jestem odporny.
- To też wiem. No dobra, rób co chcesz.
Elf zanurkował w stawie i wyciągnął z dna jakiś srebrny medalion.
- Pokaż!
Nic nadzwyczajnego, po prostu misternie ukształtowana srebrna błyskotka.
- Gdzie mój but? – ni stąd ni zowąd zapytał się Anarin. Rozejrzałem się – faktycznie, przy stawku leżał tylko jeden but. To był dowcip w stylu Gandiego. Ale Gandi był przy mojej nodze, a but gdzieś wcięło.
- Gdzie jest but, piesku?
Gandi zaszczekał i uniósł nos w górę. Nie bardzo go rozumiałem. Zawarczał i podskoczył. Przyczaił się i podskoczył znowu. Zaszczekał.
- Coś go porwało? Coś latającego? – elf był dobry w kalambury.
Gandi zaszczekał potwierdzająco, a elf znowu zaklął po swojemu.
- I co ja mam teraz zrobić?
- Nie wiem. Masz jakieś inne buty?
- A skąd miałbym mieć? Trudno się mówi, pójdę na bosaka.
On i cała ta jego „twardość”. Westchnąłem ciężko. Elf ubrał się, zarzucił but na ramię i poszliśmy do obozu.
- Gdzie zgubiłeś buty? – najechała na niego Delia.
- Coś mi jednego porwało. Nie widziałem co i kiedy.
Łuczniczka parsknęła śmiechem. Korn i Lief jej zawtórowali. Wróciliśmy akurat na kolację.
Rano, jak elf zapowiedział, tak zrobił. Wyruszył bez butów. Słowo „wyruszył” jest trochę na wyrost, gdyż kupcy pozwolili mu usiąść na wozie.
Dochodziło południe, gdy nagle przyłożył rękę do czoła i spojrzał w niebo. Powiodłem za nim spojrzeniem – nad nami krążyły jakieś ptaki. Nagle od jednego z nich oderwał się jakiś kształt i zaczął spadać w dół. Anarin tylko wyciągnął ręce przed siebie, żeby złapać spadający obiekt, którym okazał się zaginiony but. Wszyscy trochę zgłupieliśmy, a on zadowolony z siebie założył go z drugim od pary i wrócił na szlak.
- No co się tak patrzycie? Zdarza się, nie?
W ostatnim miesiącu zdarzyło się dużo dziwnych rzeczy. Ta nie była bynajmniej bardziej dziwna od reszty.
Po tajemniczej aferze z butem szliśmy dziarsko dalej. Znowu załapaliśmy się na postój jeszcze w świetle dnia i znowu postanowiłem wypróbować Gandiego – tym razem pomyślałem o aportowaniu. Gdy więc naznosiliśmy chrustu i rozłożyliśmy obozowisko poszedłem z psem na spacer. Podniosłem z ziemi patyk, dałem szczeniakowi do powąchania i mówiąc:
- Aport Gandi, aportuj! – rzuciłem patyk w krzaki. Pies szczeknął potwierdzająco i pobiegł w kierunku w którym poleciał kij. Po chwili wrócił, trzymając go w pysku.
- Pojętny pies... – mruknąłem do siebie. Rzuciłem patyk ponownie. Nie było go dłużej i wrócił trzymając w pysku coś błyszczącego – półmetrowy srebrny pręt.
- Co przyniosłeś? Pokaż! – chwyciłem ręką podłużny przedmiot, a Gandi zaczął się ze mną siłować, warcząc. – No daj – puścił. Przyjrzałem się dokładniej temu srebrnemu kijowi – był bardzo gładki – nie było na nim żadnych run ani nic z tych rzeczy – a pomimo to wyglądał bez wątpienia na magiczny.
- Chodź Gandi, wracamy – zawołałem psa i poszliśmy z powrotem do obozu.
Pokazałem Anarinowi pręt.
- Magiczny – zawyrokował bez wahania.
- Tyle to i ja wiem. Ale co to robi?
- Nie wiem. Kombinuj.
Usiadłem przy ognisku i zacząłem się zastanawiać, rzucenie jakiego czaru może umożliwiać ten przedmiot. Postanowiłem zacząć od zaklęć druidycznych, a przynajmniej tych paru o jakich słyszałem. Przyzwanie Zwierzęcia? Nie. Znajdź Roślinę? Też nie było żadnej reakcji. Korowa Skóra? Nie bardzo. Metal-W-Drewno? Sprawdziłem to zapobiegawczo na sztylecie, ale bez rezultatu. Patyk? Przede mną na ziemi pojawił się zgrabny, półmetrowy patyk.
- Łał. Gandi, widzisz co przyniosłeś? To tworzy patyki! – ucieszyłem się, pomimo iż w lesie przez jaki wędrowaliśmy użyteczność tego przedmiotu mogła się wydać wątpliwa, ale od mojego Mistrza wiedziałem, że istnieje czar Ognisko, którego rzucenie wymaga posiadania patyka – i tu właśnie czar tworzący patyk może się przydać. Bo jak na przykład rozpalić ogień wysoko w górach, tam gdzie nie ma już ani drzew, ani krzaków? Poza tym, magiczny przedmiot, to magiczny przedmiot. Zawsze można go opchnąć. Lief zaczął rozlewać jedzenie do misek – jego wyborna kuchnia sprawiła, że przerwałem myślenie o majątku, jaki zbiję na tej wyprawie i oddałem się jedzeniu, podobnie jak pozostali. Rozdzieliliśmy warty i położyłem się spać, Gandi wtulił się w rąbek mojego koca i tak zasnęliśmy. Kolejny interesujący dzień za nami.
komentarze [23]Garrena szalona >> sobota, 9 września 2006 18:54:30
Anarin wyruszył jeszcze w nocy – zaraz jak się skończyła jego warta. Dor zrobił z lodu platformę o wymiarach metr na dwa z występami do przywiązania lin i płozami. Załadowaliśmy na to jedną trzecią towarów i ruszyliśmy do wyjścia. Tak przetransportowaliśmy cały ładunek do wylotu jaskini w trzy dni. W tym tempie jednak nie mieliśmy szans wyrobić się na spotkanie z Anarinem. Postanowiliśmy więc wyeliminować czas zmarnowany na wracanie się po towar, tylko zabrać wszystko od razu. Dor zrobił dwie sztuki sań i chociaż powoli, to jednak ruszyliśmy jakoś do przodu.
Podróż zajęła nam sześć dni – wyrobiliśmy się z jednodniowym zapasem. Było jednak coś, czego być nie powinno – wieczorem, na północy, skąd przybyć miał Anarin, dostrzegliśmy łunę. Pomimo iż mieliśmy listopad, płonął las. Ledwo było ją widać, co oznaczało, że pali się daleko od nas, więc spokojnie szykowaliśmy się do noclegu przy ognisku, kiedy ktoś wszedł w krąg światła - jakaś zgarbiona postać w długim płaszczu z kapturem. Chrapliwym głosem przybysz zapytał:
- Czy mogę się przysiąść do waszego ogniska?
- Oczywiście – święte prawa szlaku stanowiły, że ogień jest dla wszystkich.
- Dziękuję.
Przysiadł na kamieniu i rozkaszlał się. Kaptur całkowicie ocieniał jego twarz i było w nim coś bardzo tajemniczego. Jeśli na północy płonął las... i on stamtąd przyszedł... to tak mi do głowy przychodziło, że jest cień szansy, że to On...
Wolałem się w tym względzie nie upewniać. W końcu nie było na tym świecie nikogo, kto mógłby zidentyfikować Wybrańca – każdy kto go poznawał, ginął.
Lief skończył kucharzyć kolację i ponakładał do misek – dla nieznajomego również. Gdy wyciągał rękę po miskę, w świetle ognia zobaczyłem jego dłoń – skóra była praktycznie biała, poprzecinana siecią fioletowych żyłek. Choć grzecznie podziękował i wszystko zjadł, nie, zdecydowanie wolałem nie poznawać bliżej tego przybysza. Po wyznaczeniu wart położyliśmy się spać. Nocną ciszę przerywało tylko trzaskanie ognia i pokasływanie nieznajomego. Wkrótce zapadłem w sen, zmęczony ciągnięciem tego majdanu.
Lief obudził mnie na ostatnią wartę. Zakapturzony obudził się o wschodzie, podziękował za noc spędzoną w miłym towarzystwie i odszedł. Nie było sensu, żebym budził pozostałych o zwyczajowej porze, gdyż nigdzie się nie spieszyliśmy. Dałem wszystkim dłużej pospać, zasłużyli na to. Niemniej, na twardej i zimnej ziemi, śpi się niewygodnie, budzili się więc powoli zgodnie z rytmem dzienno-nocnym, do którego byli przyzwyczajeni. Nie było nic do roboty, więc wszyscy oddali się zwykłym zajęciom najemników – oporządzaniem broni. Korn ostrzył miecz, Delia prostowała lotki strzał, ja czyściłem młot. Liefa broń nie bardzo się do zatroszczenia nadawała, a Dor żadnej nie miał. Kupcy mieli teraz czas dokładnie zinwentaryzować towary. Brakowało drobiazgów.
Było przed południem, kiedy na drodze wiodącej z Ralowen pojawił się punkt. Szybko przemienił się w biegnącego elfa. Tak jak powiedział – dziesiątego dnia był na miejscu.
- Cholera - rzucił zamiast przywitania - znowu będę musiał przycinać sobie końcówki.
Był cały czarny od sadzy i lekko przypieczony – jeśli chodzi zaś o nastrój, to nie był zbyt wesoły. Czyli jak na niego w normie. Może nawet bardziej ponury niż zwykle.
- Wozy będą za trzy dni. Wyprzedziłem ich znacznie. Tam się wszystko wypaliło do gołej ziemi – wzdrygnął się. – Pożar mnie spowolnił, im będzie łatwiej. Jeśli nie macie nic przeciwko zdrzemnę się.
Tu nas zaskoczył. Po trzech-czterech godzinach obudził się i marudząc na temat pożaru lasu zaczął żonglować sztyletami, dopytywać się kiedy kolacja i uprzykrzać wszystkim życie. W końcu poszedł na spacer.
- Ale marudny – zauważył Lief, gdy Anarin się oddalił.
- Słyszałem! – dobiegło cicho od strony lasu.
Zbliżał się już wieczór, kiedy ktoś dostrzegł na horyzoncie zbliżające się punkty. Punkty te szybko się powiększyły i okazały się być kilkorgiem pieszych. Podeszli do naszego ogniska i przywitali się – wyglądali na takich poszukiwaczy przygód jak my. Była tam elfka – przedstawiła się jako Garrena – elf, Ranelin, krasnolud, Davour, i dwoje ludzi – Juma i Koleran. Przysiedli się do naszego ogniska. Wyglądali całkiem sympatycznie – od razu wdałem się w dyskusję z Davourem – skąd i dokąd wędrują, jak długo są razem i tak dalej. Tylko Garrena milczała – inni też włączyli się do dyskusji. Spokój trwał jednak tylko chwilę – Korn pokłócił się o coś z Jumą. Nie wiem nawet w którym momencie podnieśli głos, wstali, sięgnęli po broń. Inni od razu poszli ich śladem. My, krasnoludy, wstaliśmy też i próbowaliśmy ich uspokoić gdy nagle moje wyczulone na magię zmysły coś poczuły. Poszedłem za tym uczuciem i zobaczyłem jak Garrena świdruje mnie wzrokiem. Wyraźnie próbowała rzucić na mnie jakieś zaklęcie, ale nie podziałało. Odruchowo rzuciłem Pyk Pyka, ale też na nią nie podziałał. Widziałem po jej twarzy, że poczuła. Wysyczała wściekle jakieś elfie przekleństwo i poczułem, że rzuca na mnie kolejne zaklęcie. Uchyliłem się odruchowo i Ognista Strzała przeleciała mi nad głową. To mogło już zabić – ja też musiałem zmienić kaliber czarów. Rzuciłem Miniaturowy Meteor prosto w jej głowę, ale ona musiała mieć ten sam poziom co ja, bo też zrobiła unik. Zamierzałem już zaszarżować na nią z młotem, kiedy usłyszałem władcze:
- Co się tutaj do (tu jakieś słowo z elfiego) wyprawia? Nie można was na parę godzin samych zostawić?!
- To ty! – jęknęła Garrena na widok Anarina i natychmiast spokorniała wystraszona. Elf w ogóle nie przypominał rozkapryszonego dzieciaka, który parę godzin wcześniej opuścił obozowisko.
Wszyscy zastygli w bezruchu.
- Ty, schowaj ten miecz!
- Gdzie się pchasz z tą procą?! – rozstawiał wszystkich po kątach, ale gdy rozwiały się zaklęcia elfiej czarodziejki wszyscy w zasadzie sami odłożyli broń. Korn drapał się po głowie, stropiony. Koleran nie schował broni i Anarin stanął przed nim podpierając się pod boki. Powiedział do niego kilka zdań półgłosem, których nie słyszałem i wojownik wręcz wpadł w panikę. Rzucił broń na ziemię i usiadł. Elf wrócił do Garreny.
- Co ty sobie wyobrażasz? Myślisz, że możesz tak napuszczać na siebie wszystkich dookoła? – przeszedł na elfi, więc nie zrozumiałem nic więcej. Ale z jej miny wnioskowałem, że nieźle ją objeżdża.
- Znacie się z Anarinem? – zapytałem Davoura.
- Tak, wędrowaliśmy kiedyś razem.
Juma z Kornem i Koleran z Liefem przeprosili się i wrócili do rozmowy. Zapanował względny spokój. Pogadaliśmy jeszcze chwilę i następnie oddaliśmy się rozkoszom podniebienia – Lief zaserwował kolację. W pełni wykorzystał wolny czas jakiego dziś mieliśmy sporo i przeszedł samego siebie – przynajmniej tak mi się wydawało – nie znam granicy jego możliwości. Syci, wystawiliśmy podwójne warty i poszliśmy spać.
Rano tamci pożegnali się z nami i ruszyli w swoją stronę. Nas czekały, według obliczeń, jeszcze dwa dni czekania na wozy. Przez ten czas nic się nie działo.
Doprowadziliśmy broń do perfekcyjnego połysku, nawet nowy miecz Anarina zaczął się powoli błyszczeć. W końcu wozy dotarły, załadowaliśmy je i udaliśmy się na ostatni nocleg w tym miejscu. Po wschodzie słońca zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy.
Droga biegła wśród lasów i wzgórz, z górami na horyzoncie. Szkoda, że to nie była wiosna, bo byłoby zielono. Chociaż nie było śniegu, to jednak na drzewach nie było już ani jednego liścia. Nagle Delia skręciła w bok i znikła w krzakach. Wróciła po chwili z wspaniałym kwiatem wpiętym we włosy.
- Piękny, prawda? Było ich trochę, ale zerwałam tylko jeden. – powiedziała, zadowolona z siebie.
Po jakiejś godzince skończył się las, wyszliśmy na polanę – pomimo jesieni była pełna błękitnych kwiatów! Po chwili jednak okazało się, że się myliłem – kwiaty poderwały się z trawy i okazały się być motylami! Zebrały się w wir i zawirowały wokół Delii, która roześmiała się, podniosła ręce do góry i wykręciła piruet razem z nimi.
- Kwiat musi je przyciągać – zawyrokował Anarin, a Delia wciąż wirowała w tańcu z motylami. Na swój sposób był to piękny widok. Jechaliśmy za roztańczoną Delią, wreszcie motyle odleciały z powrotem na łąkę i łuczniczka zatrzymała się zdyszana. Cały taniec trwał może z pół godziny. Jechaliśmy dalej. Do końca dnia nie wydarzyło się nic ciekawego, ale miałem wrażenie, że naszą eskapadą po jaskiniach wykorzystaliśmy nasz limit na przygody w tym miesiącu.
Myliłem się.
komentarze [12]Dedremele >> wtorek, 15 sierpnia 2006 23:00:47
W nocy, w czym nie znalazłem niczego dziwnego, nic nas nie niepokoiło. Anarin obudził się na mojej warcie – czyli ostatniej – i po wyprostowaniu kości zabrał się za swoje znalezisko. Miecz był straszliwie zaniedbany, ale i tak jak na kilkaset lat wyglądał nieźle. Ten błękitny metal najwyraźniej odporny był na rdzę, bo inaczej nic by z niego nie zostało. Nie pytałem go o nastrój, choć budził moje podejrzenia, że coś jest z nim nie tak – był pełen energii, co ostatecznie nie powinno mnie dziwić, ale i przy tym wesoły. Gdy przyszedł czas zabraliśmy się za budzenie drużyny.
Wyspani i w formie wyruszyliśmy tropem potworów. Przecisnęliśmy się przez zawalisko, korytarz po drugiej stronie też był oświetlony. Po parunastu minutach otworzył się on jednak na sporą salę naturalnego pochodzenia – po prostu się skończył. Musieliśmy wyciągnąć pochodnie – nie dawały one jednak tyle światła co te kryształy. Poszliśmy w wzdłuż ściany w lewo. Było tu tak cicho... nasze buty czyniły sporo hałasu. Po chwili doszliśmy do podstemplowanego wejścia do korytarza. Każdy krasnolud rozpoznałby kopalnię! Od razu poprawił mi się humor.
- To kopalnia – poinformowałem moich niekrasnoludzkich przyjaciół.
- Musimy sprawdzić, czy dedremele nie usadowiły się w chodnikach.
- No to chodźmy.
Spędziliśmy w chodnikach kilka godzin. Nie musiałem zaglądać na wózki, których znaleźliśmy kilka, żeby zorientować się co tu wydobywano. Była to błękitna ruda z ametystowymi żyłkami, podejrzanie przypominająca mi ten tajemniczy błękitny metal z miasta. Znaleźliśmy też parę przerdzewiałych żelaznych kilofów, które kruszyły się ze starości, po prostu wszystko czego można oczekiwać po starej kopalni. Śladu dedremeli jednak nie znaleźliśmy. Ruszyliśmy więc wzdłuż drugiej ściany. Po jakiejś godzince obeszliśmy całą salę, oprócz tego którym weszliśmy było z niej jeszcze jedno wyjście – naturalny korytarz, którym poszliśmy. Szliśmy nim jakiś czas, zakręcił w lewo.
- Coś tam jest. – ostrzegł nas idący pierwszy Anarin.
- Potwór? – padło od razu z tyłu.
- Nie, coś pod ścianą.
Podeszliśmy bliżej. W ścianie wykuta była wnęka, wewnątrz której na postumencie spoczywała czaszka, w którą wprawiony był cudownej wielkości czerwony kamień szlachetny. Światło pochodni wzbudzało prawdziwy ogień we wnętrzu rubinu.
- Czyż może być bardziej oczywista pułapka? – zapytałem retorycznie pilnując, aby Peanen nie zbliżył się przypadkiem do czaszki.
- Czyli co robimy? – zapytał Lief.
- Idziemy dalej. – westchnąłem.
Więc poszliśmy, choć niektórzy smutnie zerkali w stronę klejnotu. Korytarz zakręcał jeszcze parę razy, rozszerzył się nieco po godzinie, po kolejnych paru zorientowaliśmy się, że już tu byliśmy – z tej komnaty prowadził tunel, którym przedwczoraj doszliśmy do sali z kulą. Poszliśmy więc do miejsca gdzie przerwaliśmy badanie głównej sali – do jeziorka. Na moje oko było koło godziny siedemnastej, kiedy dotarliśmy do jego brzegu – od siódmej na nogach, prawie cały dzień przełaziliśmy po korytarzach i komnatach. Poszliśmy więc wzdłuż jeziora, aż natrafiliśmy na ścianę. Skręciliśmy wraz z jej biegiem i po pewnym czasie napotkaliśmy wąską odnogę. Miejscami trzeba było się aż przeciskać, Kornowi sprawiało to kłopoty. Po godzince elf obwieścił:
- Widać światło!
Jeszcze chwila i wydostaliśmy się z tunelu. Przed nami rozciągał się przestwór wody, nie było widać drugiego brzegu – na lewo i na prawo rozchodziły się skalne ściany, my zaś staliśmy na niedużej półce skalnej. Gandi szczeknął radośnie, znudzony śmiertelnie tymi ciągnącymi się tunelami i wskoczył do wody. Odpłynął trochę od brzegu i odwrócił się do nas jakby chciał nam powiedzieć, jak fajnie się pływa. Jakieś dwadzieścia metrów za nim na powierzchni pojawiła się trójkątna płetwa, sunąca w jego stronę.
- Gandi, wracaj!
- Za tobą, uważaj!
Obrócił się, dostrzegł płetwę i zaczął szybko przebierać łapkami. Nie miał jednak szans dotrzeć do półki. Na szczęście doznałem olśnienia – przypomniałem sobie o pierścieniu. Uniosłem psa Telekinezą o metr w górę i postawiłem na brzegu. Szczeknął i osuszył się, rozpryskując wodę. Płetwa zanurzyła się.
- Nici z pływania. Zresztą jest na to za zimno. A ty psiaku, nie możesz tak wskakiwać gdzie ci się rzewnie podoba! – skarciłem Gandiego, ale w głębi duszy cieszyłem się, że nic mu się nie stało.
Postanowiliśmy urządzić nocleg na półce. I tu i w tunelach jest zimna skała pod tyłkiem, ale tu przynajmniej świeciły gwiazdy. Rano przy pakowaniu dobytku Anarin stwierdził:
- To jezioro to musi być Eloa. Nie słyszałem o innym tej wielkości w tych stronach.
- Jezioro jeziorem, ale wracamy do korytarzy – nie dodałem, że jaskinie bardziej mi odpowiadają, choć miałem to na końcu języka.
- Słuchajcie, muszę wam coś powiedzieć – wtrącił Lief. – Na mojej warcie stało się coś dziwnego. Z korytarza wypadł jakiś... kurcze, trudno go opisać... no, półmetrowy demon. Z... takimi różkami i ogonem... Otaczała go czerwona poświata, dzięki czemu było go dobrze widać... i śmiał się tak jakoś demonicznie, chociaż cienko. Rozejrzał się i jakby się przestraszył. Zgasił aurę i uciekł. Porąbane to miejsce.
- No temu to akurat nie ma się co dziwić. Źródło zniekształca wszystko dookoła.
Nie przedłużając sprawy wróciliśmy do kompleksu jaskiń. Przecisnęliśmy się z powrotem wąskim przejściem i stanęliśmy w ogromnej komnacie. Ruszyliśmy w prawo, na wschód.
Po jakiejś godzince doszliśmy do kolejnego korytarza. Chwyciliśmy pewniej broń i weszliśmy w ciasny tunel. Po dziesięciu minutach przepychania się korytarz rozszerzył się tworząc komnatę .Na jej środku, w snopie światła siedział mały kotek. Spoglądał na nas przyjaźnie. Kiedy jednak Korn zrobił krok w jego kierunku, kociak parsknął gniewnie i natychmiast, bez żadnego przejścia, zamienił się w dwumetrową, humanoidalno-kocią istotę, z półtoraręcznym mieczem z wielkim czerwonym kamieniem w rękojeści – takim jak w czaszce, którą minęliśmy dzień wcześniej. Zamachnął się nim na Korna, ten odruchowo sparował cios. Chciałem wbiec do komnaty, żeby zaatakować kota od tyłu, ale wejście przegradzało jakieś pole magii. Odbiłem się od niego jak od ściany. Kula Płomieni, którą cisnąłem w kotołaka też odbiła się od tarczy. Korn tymczasem wymieniał ciosy ze stworzeniem. Udało mu się je drasnąć, ale rana na korpusie kota zagoiła się błyskawicznie. Co innego z Kornem – potwór ciął go lekko w lewe ramię i pociekła krew. Kibicowaliśmy członkowi naszej drużyny, bo była to jedyna rzecz jaką mogliśmy zrobić. Niestety, odporny na ciosy kot powoli uzyskiwał przewagę – wojownik broczył już krwią z kilku ran. Nagle Anarin krzyknął do Korna:
- Zniszcz klejnot w mieczu! – znowu miałem wrażenie, że elf wie coś czego ja nie wiem.
Żołnierz zajęty odparowywaniem coraz gwałtowniejszych ataków stwora nic nie odpowiedział, ale widać było, że zaczął celować w klejnot. Niestety w ten sposób znowu przepuścił kilka draśnięć – ale trafił w kamień. Pojawiła się na nim siateczka zarysowań. Kot wydał z siebie gniewne parsknięcie i podwoił siłę ataków. Wojownik nie pozostał mu jednak dłużny – sam widząc, że to przynosi efekt, postawił wszystko na jedną szalę. Potężnym zamachem odrzucił klingę miecza potwora na bok i uderzył z góry w rękojeść. Kamień rozsypał się na kawałki. Miecz sczerniał i opadł na ziemię – a kot rozwiał się w obłoczku dymu.
- Niech nikt tam nie wchodzi! – zarządził Anarin. – Ta blokada działa tak, że się włącza kiedy dwie osoby są w środku, a wyłącza się kiedy jedna ginie! Nie ruszaj miecza i wyjdź.
Nie miałem powodu, żeby nie wierzyć elfowi, ale zastanowiło mnie skąd to wie. No ale Delia opatrzyła Korna i ruszyliśmy dalej. Tym razem Anarin szedł z przodu sam. Wróciliśmy do głównej sali i znowu skręciliśmy w prawo. Po jakichś dwóch godzinach komnata się właściwie skończyła – podzieliła się na dwa mniejsze przejścia, jedno w lewo, drugie w prawo. Poszliśmy w prawo. Komnata zwężała się stopniowo, aż do bardzo ciasnego przejścia. Elf przecisnął się jakoś i miałem już iść za nim, kiedy usłyszałem wymyślne elfie przekleństwo. Wypadł z przewężenia jak oparzony, a za nim wyłoniło się kilka zielonych macek, macających na ślepo pomieszczenie. Odskoczyliśmy do tyłu, Anarin przeturlał się po ziemi.
- To by było na tyle, jeśli chodzi o ten korytarz? – wyszczerzyłem się do elfa.
- Tia...
Wróciliśmy do skrzyżowania i poszliśmy drugim korytarzem. Po chwili doszliśmy do drewnianych krat, niezdarnie powiązanych sznurem.
- Ciekawe czego pilnują?
- Ja już widzę. – uśmiechnął się do mnie elf – Poślij kulę ognia to się dowiecie.
Jak powiedział, tak zrobiłem. Ogień wydobył z ciemności kilka dwumetrowych jaszczurek, mieniących się wszystkimi barwami tęczy.
- I co? Komu i na co te jaszczurki?
- A tego to nie wiem. Ale z tego co wiem są bardzo jadowite.
- Dobra, więc je olewamy. Doszliśmy prawą ścianą do końca tej wielkiej komnaty, więc teraz pora wrócić lewą. Ale to dziwne, że nie napotkaliśmy jeszcze śladu tych dedremeli. Muszą się czaić gdzieś w północnych częściach kompleksu.
- Która jest mniej więcej godzina? – spytał Wurn ciężko oddychając. Jego towarzysz, Peanen, wciąż był wystraszony jaskiniami. Widać było, że znacznie lepiej czułby się w swoim kantorku.
- Około szesnastej – odpowiedział mu Lief.
- Może dziś jeszcze ich znajdziemy. Nie ma co gadać, trzeba iść – pogoniłem kupców. Dor trzymał się dzielnie, podobnie jak reszta.
Ruszyliśmy więc z powrotem, wzdłuż drugiej ściany. Po trzech godzinach marszu ściana skręciła w prawo – poszliśmy więc korytarzem. Tunel zaczął nieco kluczyć i nagle Anarin idący z przodu dał nam ręką znak, żebyśmy zgasili ogień. Zjadłem marchewkę, rzuciłem Infrawizję i dołączyłem do niego. Za zakrętem do boku tunelu przylegała mała komnata, z której słychać było jakieś pomrukiwania. Ścisnąłem mocniej rękojeść młota, Anarin sięgnął po swój miecz i wbiegliśmy do środka. W środku były dwa dedremele, więc wywiązała się walka jeden na jeden, jeśli można to tak nazwać – Anarin rozpłatał swojemu czaszkę na pół, a ja oślepiłem Błyskiem swojego, zmiażdżyłem ciosem młota staw kolanowy i gdy upadł, wgniotłem jego czaszkę w posadzkę ciosem z pełnego zamachu. Całość trwała może coś z półtorej sekundy i odbyła się praktycznie bez dźwięku, nie licząc tych mokrych odgłosów jakie wydaje z siebie broń w użyciu.
- To coś w rodzaju stróżówki. Ci dwaj stali na warcie. – stwierdził Anarin. – Niedaleko jest ich główny obóz.
- Jak myślisz, ile ich może być?
- Dwadzieścia, dwadzieścia pięć. Może trzydzieści.
- Odwlekałem to pytanie dość długo po tym jak widziałem je pierwszy raz, ale nadeszła na nie pora. Mianowicie, jak mamy załatwić trzydzieści tych stworów? Są wolne, ale w pojedynkę są większe i silniejsze od Korna!
- Zgadzam się z tobą. Trzeba będzie wymyślić jakiś plan.
Wróciliśmy do grupy.
- I co? – zapytał Korn.
- Załatwiliśmy dwóch. Dalej jest ich więcej, jak twierdzi Anarin.
- Mam chyba pomysł – oświadczył elf – Widzicie te żyły tego dziwnego minerału? Nie służył on tylko do wyrabiania biżuterii i broni, ale także z niego zrobione są te świecące pasy w korytarzach koło źródła. Świecą, bo zostały nastrojone magią. Jeśli my nastroimy odpowiednio magią te tutaj, mogą całkiem jasno świecić. – zawyrokował.
- Ale jak je nastroić mocą?
- Każdy utalentowany może to zrobić. Dor?
- Wiem jak. – odrzekł chłopak. – Da się zrobić.
- No to chodźmy. Bez ognia. Ja z Anarinem pójdziemy przodem.
Po paru zakrętach tunelu dostrzegliśmy światełko. Była to całkiem spora komnata, na środku której lekko ćmiło się ognisko – na tyle lekko, że nie oślepiało siedzących i leżących dedremeli, a mieli przynajmniej na czym przysmażyć koninę. Jeśli nie jedli jej na surowo rzecz jasna. Cofnęliśmy się z Anarinem i przedstawiliśmy sytuację drużynie. Plan był prosty. Dor zostaje u wejścia do komnaty z Peanenem i Wurnem, a reszta, gdy tylko rozbłyśnie światło, wpada i robi zadymę. Podeszliśmy więc po cichu wszyscy do wejścia do komnaty. Anarin krzyknął:
- Jazda! – i wbiegliśmy.
Zdążyłem zrobić trzy kroki, kiedy komnatę zalało światło. Na początku też byłem oślepiony, ale na dedremele podziałało to o wiele silniej. Jęczały wręcz z bólu. Wpadłem na pierwszego z brzegu i uderzyłem młotem po kręgosłupie. Oczy w międzyczasie przyzwyczaiły się do światła i mogłem się wreszcie rozejrzeć. Dedremeli było faktycznie koło dwadzieścia. Pod ścianą, na legowisku ze szmat, siedział jeden wyraźnie większy od innych – o jakieś pół metra. Ubrany był w szmaty, koło niego leżała półtorametrowa maczuga. To musiał być ich szef. Ale żeby go powalić, musiałem najpierw się do niego przebić. Dedremele biegały bezładnie i bezradnie po komnacie, jeden wdepnął w ognisko. Załatwiłem kolejnego, Korn i Anarin ze swoimi dwuręcznymi mieczami czynili prawdziwą rzeź, podczas gdy Delia i Lief słali celne pociski na drugą stronę sali. Kolejny dedremel padł ofiarą mojego młota, gdy światło zaczęło przygasać. Dedremele zgodnie ryknęły i zaczęły podnosić z ziemi swoją broń. Anarin rzucił się biegiem sprawdzić co z Dorem. Po chwili światło w komnacie rozbłysło ponownie, ale potwory otrząsnęły się z paniki i zakrywając jedną ręką oczy drugą dzierżyły broń. Ich szef wyryczał jakieś polecenie i rzuciły się do ataku. Wybrałem najbliższego na ofiarę – rzuciłem mu pod ręką Błysk, który oślepił go totalnie i znowu uderzyłem w kolano. Jak się jest krasnoludem, to w walce z dwumetrowym potworem trudno jest walić w głowę – aby to zrobić, trzeba go najpierw sprowadzić do parteru. Przewrócił się i go dobiłem. Nade mną wyrósł kolejny cień. Obracając się zawinąłem młotem od spodu i uderzyłem dedremela w klatkę piersiową. Nawet u takiego olbrzyma cios ciężkim młotem powoduje poważne obrażenia. Schylił się krztusząc i walnąłem go w głowę. Rzuciłem szybko okiem wokół siebie – Anarin i Korn radzili sobie świetnie, pomimo iż dedremele zaczęły stawiać opór. Trudno się jednak walczy gdy można patrzeć tylko pod nogi. Spojrzałem w stronę szefa dedremeli – biegł w moją stronę! Nie miałem zamiaru grać uczciwie – rzuciłem Miniaturowy Meteor prosto w jego głowę, poprawiłem błyskiem – stracił równowagę, ale ustał na nogach. Nie miałem czasu się dziwić, że Meteor nie rozłupał mu czaszki, podbiegłem do niego i uderzyłem go w kostkę – dopiero co skończył odzyskiwać równowagę, więc przewrócił się niejako automatycznie. Mimo tego, jego maczuga przeleciała mi nad głową. Nie cackałem się z nim, tylko odskoczyłem i rzuciłem dwa Metory. Z jego rozwalonej głowy sączyła się ciemna ciesz, a pomimo to podniósł się na cztery kończyny. Nie miałem zamiaru dać mu wstać. Jako, że na jego masywnej sylwetce nie było śladu karku, głowa przechodziła niemal bezpośrednio w korpus, zdecydowałem się na jeszcze jeden cios w głowę. Wziąłem zamach i walnąłem z całej siły z góry. Cios przybił go do ziemi. Uderzyłem jeszcze raz i jeszcze raz. Rozejrzałem się po placu bitwy – Anarin i Korn wybili resztę. Szef wyglądał już na martwego, więc rzuciłem:
- To chyba wszyscy?
- Tak – sapiąc odpowiedział Korn.
- Dor, panowie kupcy, możecie już tu przyjść.
Światło zgasło. Moja Infrawizja wciąż jeszcze działała, więc widziałem jak Dor ledwo idzie. Musiał włożyć masę energii w oświetlenie tej sali.
- Wszystko w porządku?
- Tak – odpowiedział słabym głosem.
- Znalazłem towary! – zawołał Anarin gdzieś spod przeciwległej ściany. Podszedłem bliżej i faktycznie, skrzynie leżały we wnęce.
- Panie Wurn, panie Peanen – proszę zrobić wstępną inwentaryzację. A my się naradźmy co robić dalej. Ktoś będzie musiał iść do Ralowen po nowe wozy.
- Ja pójdę, jestem najszybszy z nas – od razu zgłosił się Anarin. – Wyruszę zaraz z rana. Za jakieś dziesięć dni będę z powrotem. Umawiamy się na postoju, gdzie zostaliśmy zaatakowani?
- Tak. A my w tym czasie musimy dostarczyć jakoś towary do szlaku. Wozy nie pojadą jarem, który prowadził do tych jaskiń.
- Jak to dziesięć dni? – wtrącił mi się Peanen. – Przecież do tego miejsca podróżowaliśmy osiem dni, razy dwa daje szesnaście.
- Poradzę sobie. Niech panowie przygotują jakieś pełnomocnictwa dla mnie, jeśli chodzi o te wozy – uśmiechnął się Anarin.
- A my wróćmy do tematu, jakim jest transport tych dóbr w miejsce położone blisko cztery dni drogi stąd - tak nawiasem mówiąc, to wszystko jest?
- Tak pobieżnie patrząc, to chyba niewielu rzeczy brakuje. Możemy przyjąć, że wszystko jest.
- A więc mamy dwie - trzy tony towaru do przewiezienia. Proponuję lodowe sanie. Ma ktoś lepszy pomysł?
Nikt się nie zgłosił.
- No to dobra, jutro z rana zabieramy się do przewożenia. A na razie, pora zasnąć snem zwycięzców. To była dobra robota panowie i panie.
komentarze [10]Dakkar >> sobota, 15 lipica 2006 01:02:38
Anarin był w tym stanie kompletnie nie do użytku, więc musieliśmy trochę poczekać. W tym czasie postanowiliśmy upewnić się co do jego teorii czterech sal poświęconych żywiołom. Podszedłem do kuli i położyłem dłoń na gładkim krysztale. Otworzyły się drzwi do jednej z sal, w której już byliśmy. Ponownie dotknąłem kuli, ale nic to nie dało.
– Trzeba znowu powiesić na łańcuchu lód. Idę – zaoferował się Dor. Jak powiedział, tak zrobił i wrócił do głównej sali. Nacisnąłem na kulę i otworzyły się drzwi nad którymi wykuty był romb otoczony zygzakami.
- Idziesz sam, czy mamy iść z tobą?
- Trudno powiedzieć co jest za drzwiami.
- No to chodźmy wszyscy. Lief, Korn, weźcie Anarina i idziemy – zaordynowałem.
Gdy przeszliśmy drzwi, na środku komnaty zajaśniało światło – stał tam postument, na którym rozbłysły płomienie. Dor tylko wzruszył ramionami i zamroził ogień. Drzwi się otworzyły i wróciliśmy do sali z kulą.
- Ale jazda... Już mogę sam chodzić. – wtrącił szczęśliwy Anarin. Biorąc pod uwagę, że zazwyczaj chodził ponury, względnie zamyślony, był to raczej niecodzienny widok. Podszedłem do kuli i po raz kolejny dzisiaj dotknąłem gładkiego szkła. Otworzyły się drzwi oznaczone trapezem bez górnej podstawy, z dwoma zygzakami z lewej strony – były to wrota z drugiej czwórki, te w których nie czekała nas zabawa żywiołami.
Za nimi czekał nas prosty korytarz, cały czas z paskiem świecącego minerału u góry. Szliśmy może z piętnaście minut, przez które Anarin doszedł do siebie, gdy idący z przodu Korn zameldował:
- Jakieś światło, silniejsze niż te pasy, przed nami.
Po chwili korytarz, tak bez żadnego przejścia, doprowadził nas do otwartej przestrzeni. Było bezchmurne popołudnie - momencik na przystosowanie oczu i mogliśmy się rozglądać. Przed nami była jakaś zrujnowana osada, wielkości małego miasta, otoczona wysokimi i niedostępnymi szczytami. Obróciłem się za siebie – w pionowej niemal skale wysokości kilkuset metrów widniał niewielki trzymetrowy otwór, ukształtowany w formie portyku, z krasnoludzkimi kolumnami, elfim motywem liści na fryzie i płaskorzeźbą wyobrażającą słońce w tympanonie.
- Łał. – jedynie tak mogłem to podsumować.
- Co? - zapytał uśmiechnięty Anarin.
- Monumentalne i bardzo po naszemu.
- Po naszemu?
- Po krasnoludzku.
- Chodźmy się dalej rozejrzeć. Tylko lepiej się nie rozdzielajmy.
Ruszyliśmy prosto przed siebie. Szliśmy ścieżką wysypaną białym żwirem. Otaczały nas, poza wysokimi skałami, zrujnowane budynki. Wszystkie zrobione były z tego samego kamienia. Idąc tak doszliśmy do szerszej drogi – głównej uliczki miasta. Poszliśmy nią dalej, wszędzie widząc zrujnowane budynki, przed nami zaś dostrzegliśmy jakiś postument – podwyższenie z kilku schodków. Wokół niego coś leżało na ziemi, ale z tej odległości nie mogliśmy jeszcze stwierdzić co – podeszliśmy więc bliżej. To były kości, kilkaset szkieletów leżących na ogromnym placu. Nienaruszonych, w całości – małych i dużych, dziecięcych i dorosłych, krasnoludzkich, ludzkich i elfich. Rozglądaliśmy się powoli idąc w stronę postumentu, w milczeniu. Cóż za tragedia mogła się tu wydarzyć? Rozeszliśmy się co nieco po placu. Na podwyższeniu stała kolumna z metrową rzeźbą przedstawiającą słońce. Wszędzie, zarówno koło kolumny, jak i na niższej części placu, bielały kości, ale na pierwszy rzut oka w zasadzie nie było tam nic więcej. Żadnych resztek ubrań, żadnych przedmiotów. A jednak nie, zreflektowałem się po chwili – było troszkę drobnej biżuterii. Przyjrzałem się jej bliżej – wszystko wykonane z metalu podobnego do platyny, z tymże nieco bardziej błękitnego. Pierwszy raz z czymś takim się zetknąłem. Anarin podszedł do podwyższenia i schylił się po coś.
- No ładne cacko... – podniósł potężny dwuręczny miecz. Kolor żeleźca sugerował, że broń też była wykonana z tego metalu co kolczyki i pierścionki. Rozglądaliśmy się po placu, gdy nagle ciszę przerwał krzyk Anarina:
- Uważajcie!
Zza postumentu wyleciało coś, co można by opisać jako małe słońce. Błędny ognik z koroną promieni, płonąca żywym ogniem obłąkańcza maska – tak to mniej więcej wyglądało. Uniosło się nad postumentem i ruszyło w stronę Anarina. Potężne uderzenie energii rozrzuciło nas pozostałych jak domek z kart i półprzezroczyste pole magii zamknęło się wokół elfa i ognika. Momentalnie i Anarina i słoneczko otoczyły sfery magii – istotę przezroczysta, nieco żółtawa, jak blask świecy. Poświata elfa była błękitna. Po kuli naszego przyjaciela pełzały dwumetrowe błyskawice, które przechodziły w łuki energii wchłanianej przez kulę słoneczka. Kula ognika robiła się coraz jaśniejsza, a po powierzchni kuli Anarina przebiegło kilka mrocznych wyładowań. Czerń zaczęła się w niej kłębić, przysłaniając postać elfa – i było jej coraz więcej i więcej. Korn i ja próbowaliśmy wbiec w otaczające ich pole magii, ale sfera odepchnęła nas z powrotem. Łuki, które przelatywały między Anarinem a ognikiem, stawały się coraz czarniejsze, gdy ciemniała sfera elfa. Wreszcie stała się całkiem nieprzezroczysta – zaś otoczka wokół słońca raziła w oczy. Nagle wybuchła światłem, stając się jasna jak słońce. Po świetlnej apokalipsie rozległ się huk. Przez chwilę nic nikt nie widział, rozległ się stłumiony odgłos upadającego ciała. Mrugałem aż mój wzrok doszedł do normy i mogłem się rozejrzeć – elf leżał na schodkach, po słoneczku nie pozostało nawet śladu. Podbiegłem do leżącego.
- Co to było? – mrugając wciąż zapytał Wurn.
- Nie mam pojęcia – odpowiedziałem szczerze, pochylając się nad Anarinem. Był nieprzytomny, ale żył. – Myślicie, że to to może tu wrócić?
- Myślę, że wybuchło – w zamyśleniu powiedziała Delia.
Podłożyłem elfowi koc pod głowę.
- No to poczekamy aż się biedak ocknie. Możemy się chyba trochę rozejrzeć. To coś pewnie pilnowało okolicy, więc powinno tu być bezpiecznie. No, lećcie. – myszkowanie po ruinach zawsze sprawiało mi dużą frajdę, ale nie chciałem zostawiać przyjaciela tak bez opieki na środku placu pełnego szkieletów. Wszyscy rozeszli się – kupcy, podobnie jak Korn i Lief oraz Delia i Dor razem. Po parunastu minutach jednak zmieniłem zdanie – w końcu co mogło się stać z elfem, gdy zajrzę tylko do najbliższych budynków?
Ruszyłem więc do pierwszego z brzegu domu, a może karczmy – kto tam to wie. Nie było resztek drzwi, klamka wykonana z tegoż tajemniczego stopu leżała na ziemi. Nie było też resztek dachu, południowe słońce ocieniało jedynie przestrzeń pod wysokimi ścianami, wpadając do środka budynku. Można by pomyśleć, że wszystko co drewniane znikło. Zresztą nie tylko drewniane rzeczy znikły – na kamiennej posadzce nie było kompletnie nic. Żadnych mebli, drobiazgów, kompletna pustka. Wszedłem do innego pomieszczenia – rzuciły mi się w oczy otwory w ścianach na belki podtrzymujące drugie piętro – po którym nie pozostało innego śladu. Wyszedłem więc, zerknąłem co u Anarina i wszedłem do kolejnego budynku.
Tu od razu zauważyłem leżące niemal na środku sali sztućce – nóż, widelec, łyżka i łyżeczka. Były oczywiście wykonane z tego tajemniczego metalu – bardzo twarde i mocne. Niczego poza nimi i kamiennymi ścianami nie było. No był jeszcze kamienny piec i komin – ale to już znalazłem w drugim pomieszczeniu. Tam znalazłem pozostałe sztućce od kompletu – leżały pod ścianą. Zupełnie jakby ktoś nakrył do stołu dla jednej osoby w salonie, a drugie pomieszczenie było kuchnią. Tylko gdzie podziały się drewno, żelazo i inne materiały? Pozbierałem sztućce licząc na to, że uda mi się je godziwie opchnąć i wróciłem do leżącego elfa. Wrócili też Delia z Dorem – znaleźli ogromną płaskorzeźbę przedstawiającą słońce na ścianie jednego z budynków i trochę biżuterii. Postanowiłem sprawdzić co u kupców, w końcu mieliśmy ich ochraniać, a nie puszczać tak samopas. Ruszyłem więc w kierunku w którym się udali. Po jakichś piętnastu minutach zobaczyłem Peanena, stał przy jednym z budynków.
- A gdzie to pan Wurn?
- Wszedł do tego budynku. Mówił żebym zaczekał.
- A kiedy to było?
- Jakąś godzinę temu.
Myślałem, że eksploduję. Co za idiota! Chwyciłem młot i wbiegłem w ciemność. Moje zdziwienie nie miało granic, kiedy ziemia urwała mi się spod nóg. Wpadłem do piwnicy – no jasne, skoro podłoga była wcześniej z drewna, to w obliczu tego co można było zaobserwować w całym mieście było to co najmniej przewidywalne. Na szczęście nic mi się nie stało, wylądowałem na nogi. Wurn nie miał tyle szczęścia. Upadając uderzył głową w kamień – miał brzydkie rozcięcie długie na jakieś osiem centymetrów. Krew przestała się już sączyć, ale wciąż był nieprzytomny.
- Panie Peanen? –zawołałem z dołu.
- Tak?
- Niech pan pójdzie w stronę placu i zawoła kogoś, żeby pomogli nam wyjść.
Sam zająłem się cuceniem drugiego kupca. Po chwili odzyskał przytomność.
- Ccoo... co się stało... Och... moja głowa...
- Wpadł pan do piwnicy. Nic poważnego się nie dzieje. Trzeba tylko zszyć panu głowę i będzie wszystko w porządeczku.
Po chwili nadeszli Korn z Liefem. Z ich pomocą wydostaliśmy się na górę. Chciałem opieprzyć Peanena, ale nie za bardzo wiedziałem co temu tępakowi powiedzieć. Machnąłem więc ręką i dałem sobie spokój. Doszliśmy do centrum placu. Delia zabrała się za przemywanie rany Wurna. Okazało się też, że Anarin właśnie odzyskał przytomność. O dziwo, jak na kogoś kto przeżył coś takiego, był bardzo wesoły. Znając jego myślałem, że będzie w fatalnym humorze, ale pomyliłem się.
- Witaj wśród żywych – rzuciłem do niego.
Dalej mnie zadziwiał, nie próbując wstać. Leżał spokojnie, choć myślałem, że jak zwykle zaraz usiądzie.
- Jak się czujesz?
- Dziwnie oczyszczony – to bardzo przyjemne uczucie.
- Tak? To powiedz mi co się właściwie stało.
- Hm, czy wiecie co to za miejsce? – zmienił temat. To był jednak Anarin.
- A ty wiesz?
- Myślę, że tak. To Dakkar.
-- Dakkar? – zapytałem w zdumieniu, próbując przypomnieć sobie wszystko co wiedziałem o tym miejscu.
Dawno, dawno temu, jeszcze przed Elavin, grupa krasnoludów, elfów i ludzi postanowiła zacząć wszystko od zera. Bez uprzedzeń i nienawiści rasowej, bez chciwości i zazdrości, bez wszelakich okrucieństw szarego życia. Udali się w niedostępne góry i założyli osadę.
W międzyczasie Anarin nie przestawał mnie zadziwiać – oddał się drzemce!
Większość z tego co wiedziałem o Dakkar, to, jak zwykliśmy mawiać, elfie plotki. Podobnoż czcili oni słońce. Rzeczywiście wszystko zaczynało się układać. Musieli w ramach obrzędów ku czci swego boga dokonać jakiegoś magicznego eksperymentu i powołać do życia tę istotę. Wyssała z nich całą energię, gdy zebrali się razem na placu, by podziwiać efekt swej pracy. Zginęli szybką śmiercią, tak przynajmniej mówiły ślady. Potem ognikowi skończyła się energia, którą wyssał z mieszkańców Dakkar i zaczął kraść ją ze wszystkiego, co było dookoła – i tylko kamień i tajemniczy metal były odporne na jego działanie. Tylko dlaczego przegrał w starciu z Anarinem? Z elfa na pewno nie udałoby mi się wycisnąć odpowiedzi.
Ale wracając do ruin wokół nas - cała historia Dakkar skończyła się jakieś dwieście lat temu, gdy urwał się (według plotek) z nimi kontakt. Potem o mieście zapomniano.
Wrócili Korn i Lief. Poinformowali nas, że odkryli tuż przy krawędzi kotliny ogródek z jednym drzewem. Był tam też dom, w którego części znajdowały się drewniane resztki – widocznie tam kończył się wpływ słoneczka. Postanowiliśmy tam zanoclegować – sen koło postumentu i szkieletów nie zapowiadał się ciekawie. Obudziłem więc Anarina i przenieśliśmy nasze rzeczy. Lief z Kornem wrócili do szperania, a ja wdałem się w dyskusję z elfem. W pewnym momencie przypomniał mi o medalionie, który dostałem od wiewiórki. Wyciągnąłem go i przyjrzałem mu się jeszcze raz. Coś mignęło mi w zieleni klejnotu. Jakby twarz... Coś druidycznego, przypomniała mi się poprzednia dyskusja na temat błyskotki, więc postanowiłem spróbować pierwszego czaru jaki przyszedł mi do głowy – Znajdź Roślinę.
„Gdzie jest najbliższe drzewo?” – pomyślałem, doskonale wiedząc, że jest dwadzieścia metrów za mną. W medalionie pojawiło się czyjeś oblicze i usłyszałem cichutką odpowiedź:
- Za tobą, kretynie...
- Hehe, popatrz Anarin. W środku jest jakiś demon – i podałem mu medalion.
- Nic tu nie ma. – powiedział przyjrzawszy się. Po chwili mi go oddał. Wziąłem medalion i zajrzałem w klejnot. Twarz pojawiła się.
- Poszedł już sobie? – jęknął, totalnie spanikowany.
- Chyba cię nie lubi – stwierdziłem z uśmiechem.
Anarin parsknął.
Wycięliśmy trochę krzaków na ognisko, nie chcieliśmy ruszać drzewa. Może nie bardzo się przy tym szło ogrzać, ale na szczęście jak na początek listopada i góry było dość ciepło – kilka stopni powyżej zera. Może nie upał, ale zawsze coś. Wszyscy poza wojownikami, którzy buszowali jeszcze w ruinach i poza Gandim, który gdzieś się zapodział, zebraliśmy się koło znowu śpiącego Anarina. Delia w międzyczasie opatrzyła Wurna. Zachodziło już słońce, kiedy usłyszałem szczekanie Gandiego. Coś było nie tak, bo generalnie cichy z niego pies. Wziąłem młot i poszedłem za głosem. Gdy wyszedłem spomiędzy domów zobaczyłem jak obszczekuje dwa masywne, zielone humanoidy. Jeden z nich zamierzył się jakimś żeleźcem na psa. Szczeniak pisnął i odskoczył, wpadając drugiemu pod nogi. Jak znikąd, zza jakiegoś budynku wyskoczył Korn i jednym cięciem zdekapitował potwora. Drugi obrócił się w jego kierunku, ale spojrzał pod oślepiającego go słońce, które wisiało tuż nad krawędzią gór i zmarnował tą jakże cenną chwilę na zasłonięcie ramieniem oczu. Wojownik wykorzystał ją na drugi zamach i potężnie ciął korpus dedremela. Ten padł ciężko.
- Nic ci nie jest piesku? – podbiegłem.
Wywiesił język, spojrzał na mnie i zabrał się obwąchiwanie ciał.
- Skąd oni przyszli? Bo nie sądzę, żeby szli przez tą komnatę z kulą. – spojrzałem na psa. – Gandi, szukaj!
Ten tylko szczeknął jakby mnie rozumiał i pobiegł. Poszedłem za nim z Kornem i Liefem. Po paru minutach dostrzegliśmy portyk w skalnej ścianie, podobny do tego którym przyszliśmy. Spojrzeliśmy po sobie i postanowiliśmy sprawdzić. Pochodnie nie były potrzebne, gdyż tu też u góry ściany był pasek tego świecącego minerału. Przejście prowadziło do czegoś co można by nazwać stróżówką – komnata z dwoma wyjściami – jednym z nich weszliśmy, a drugie... Drugie było zawalone kamieniami. Przynajmniej na pierwszy rzut oka – po dokładniejszych oględzinach okazało się, że jednak jest prześwit. Na kamieniach znaleźliśmy ślady łusek.
- Dobra, wracamy. Jutro się to zbada. Dobra robota, piesku. – pogłaskałem Gandiego. Wróciliśmy do obozowiska przy placu. Anarin się obudził i siedział po swojemu. Ponieważ siedzieliśmy w kotlinie trudno mówić o zachodzie słońca, ale robiło się już ciemno.
- Korn ubił dwa dedremele – powiedziałem to na użytek tych co zostali przy elfie – ale głównie po to, aby móc zapytać: - Anarin, myślisz że możemy spokojnie tu zostać na noc?
- To był patrol. Ponieważ jak dotąd nie napotkaliśmy żadnych innych, muszą obozować daleko w innej części jaskiń. Tak więc mamy dużo czasu, zanim następny tu dotrze i znajdzie ciała swoich.
- To dobrze. Lief, zrobisz coś do jedzenia?
-- Jak? Przy takim marnym ogniu? Wyciągajcie konserwy.
- Ech. – pozostało mi tylko przewrócenie oczyma i zaakceptowanie smutnej prawdy.
Zjedliśmy więc małe co nieco i po wyznaczeniu wart położyliśmy się spać.
komentarze [6]Źródło >> czwartek, 1 czerwca 2006 22:03:40
Obudziło mnie jakieś chlupotanie. To Anarin zdjąwszy buty spacerował po kostki w jeziorze w kompletnych ciemnościach – dowiedziałem się tego dopiero po zapaleniu pochodni. Jemu kompletna ciemność rzecz jasna nie przeszkadzała. Ponieważ wydawało mi się, że czas mojej warty już nadszedł wstałem i poszedłem z nim pogadać.
- Nie przejmujesz się, że coś może być w tej wodzie i tylko czekać na takich śmiałków jak ty?
- Nie bardzo. Małych rybek się nie boję... chociaż może powinienem?... A duże nie wpłyną na taką płyciznę.
- Niby tak, ale w takich jaskiniach nigdy nic wiadomo – posłuchaj krasnoluda. – wyszczerzyłem się. – Poza tym, jak nie ryby, to może coś innego. Już chyba moja warta, może się położysz? – zapytałem znając odpowiedź.
- Chodź, pokażę ci coś. – zmienił temat. Poszedłem za nim, wzdłuż brzegu jeziora.
- Ciii... – położył palec na ustach. On faktycznie stąpał bezszelestnie, ja pomimo moich starań tupałem niemiłosiernie. Nagle gdzieś na krawędzi światła coś się ruszyło. Anarin zatrzymał mnie gestem dłoni.
- Zjedz marchewkę, bo przestraszy się ognia.
Posłusznie skonsumowałem warzywo i rzuciłem zaklęcie. Światłość zdjęła mi opaskę z oczu. Dojrzałem przed nami ogromne cielsko, nieporównywalne do znanych mi zwierząt i potworów, z dwoma półtorametrowymi kłami zawiniętymi do góry. Jego masywne łapy sterczały na boki jak u krokodyla. Stworzenie zaczęło na nich nieporadnie zsuwać się z brzegu, po dłuższej chwili chlapnęło ogonem i tyle było go widać.
- Spore bydlę, ale nieruchawe. – oceniłem.
- Ale umie używać czarów, o ile mi wiadomo. – zripostował elf.
-- Ale pewnie nie lubi ognia?
- No nie lubi. – przerwał wyliczankę Anarin.
Wróciliśmy do obozowiska, pogrążonego w kompletnych ciemnościach – ja jednak widziałem wyraźnie. Fajny wynalazek ta infrawizja, tylko że wszystko podświetlone na czerwono. No ale coś za coś, jak mawiał mój dziadek, handlarz narzędziami górniczymi.
Z braku lepszego zajęcia, bo nie chciałem rozmową z Anarinem budzić reszty, zająłem się polerowaniem młota i tak siedzieliśmy w ciszy. Minęło coś koło dwóch godzin, więc zacząłem budzić resztę. Zapaliliśmy kilka pochodni i zjedliśmy małe śniadanie, potem ruszyliśmy dalej – jako że jeziorko przeszkadzało nam w marszu prawą, południową ścianą, poszliśmy wzdłuż jeziora na północ. Po parudziesięciu minutach doszliśmy do miejsca, gdzie brzeg wody skręcał na wschód.
- Tam jest druga ściana – Anarin machnął ręką wskazując przed siebie. – To gdzie idziemy?
- Myślę, że skręcimy w lewo i spróbujemy wrócić do miejsca skąd przyszliśmy. To co jest za jeziorkiem zbadamy w drugiej kolejności. – zarządziłem.
- Dobra. – rzucił ktoś z tłumu.
Ściana szła prosto z zachodu na wschód, jeśli nie myliło mnie moje wyczucie kierunku. Poszliśmy więc w lewo. Przez jakąś godzinę (podczas której Peanen potknął się niezliczoną liczbę razy) nic nie stanęło nam na drodze – aż do kolejnego przewężenia. Ruszyliśmy nim przed siebie i doszliśmy tak do rozwidlenia - za którym z jednej strony kończyła się naturalna jaskinia, a zaczynała wykuta ręką nieznanych twórców, druga strona wyglądała naturalnie. Poszliśmy pierwszym korytarzem, po chwili dostrzegliśmy przed nami światło. Zgasiliśmy nasze pochodnie, nie chcąc ostrzec światłem potencjalnego wroga i ruszyliśmy gęsiego za Anarinem. Światło okazało się pochodzić ze ścian tunelu – w trzech czwartych wysokości ściany zaczął się pas świecącego materiału – to był jakiś minerał, z którym wcześniej się nie zetknąłem. Zdawał się świecić sam z siebie. Nie debatowaliśmy nad tym cudem natury lub techniki (jako, że – poza Anarinem, który rzucił coś o tym, że kryształ ten potrafi chłonąć i oddawać energię jak gąbka - nie wiedzieliśmy, ba, nie mieliśmy bladego pojęcia jak i kto stworzył te tunele) tyko poszliśmy dalej. Po jakiejś godzince marszu korytarz skręcił o dziewięćdziesiąt stopni w prawo, czyli na północ. Oprócz grubej warstwy kurzu (dobrze, że Peanen nie miał na niego uczulenia, bo tego bym nie zniósł) nie było tu nic. Po dłuższej chwili marszu dotarliśmy do masywnych drzwi – były z litej skały i wyglądały na mocniejsze niż z żelaza. Ale za to wystarczyło je pchnąć, poruszały się na zawiasach tak lekko, jakby ktoś je wczoraj nasmarował. Za drzwiami był krótki korytarzyk, a po nim okrągła sala. Na środku był postument, na którym zamocowana w misternej konstrukcji stała kryształowa kula średnicy jednej stopy. Konstrukcja owa, pomimo że na pierwszy rzut oka krasnoludzkiej roboty, opierała się na czysto elfim liściastym motywie – sama zaś kula, zawierająca mlecznobiałą mgłę, prosiła się aż, żeby ją dotknąć. Przykuwała uwagę tak bardzo, że dopiero po chwili dostrzegłem drzwi – razem z tymi którymi weszliśmy było ich osiem. Nad każdymi drzwiami widniał wykuty w małym portalu symbol – z takim stylem jeszcze się nie zetknąłem. W zasadzie można by je opisać jako zygzaki – dominowały ostre kąty. Jeden jednak wyróżniał się nieco – dwa symetryczne pionowe zygzaki otaczała sześcioramienna gwiazda.
- I co teraz? – zapytał ktoś z drużyny.
- Badamy co jest za drzwiami. – zarządził Anarin. Jak na niego był bardzo rozpromieniony – podszedł do jednych ze drzwi i pchnął je. Bez skutku. Pociągnąć nie było za co.
- I co teraz?
- Chyba trzeba dotknąć kuli – jak na zawsze ostrożnego elfa zdanie to brzmiało wręcz szaleńczo.
-- Jesteś pewien? – zapytałem z niepokojem.
- Tak.
- No to dobrze, dotykaj.
Elf podszedł do kuli i położył na niej rękę. Mgła w kuli jakby pod jego dotykiem zaczęła się kłębić. Anarin beznamiętnie podziwiał efekty, wreszcie cofnął rękę. Jedne z drzwi otworzyły się.
- I co, wchodzimy?
- No wchodzimy. – zniecierpliwił się elf, więc ruszyliśmy dopiero co otwartymi drzwiami. Komnata, do której weszliśmy, również rozświetlona była paskiem nieznanego minerału. Była okrągła, a na środku z sufitu zwieszał się łańcuch. Weszliśmy rozglądając się, a drzwi zamknęły się po cichutku. Z tej strony również nie było za co złapać – zostaliśmy na własne życzenie uwięzieni.
- Hej, i co teraz? – niepewnie zapytał Lief.
- Jak zgaduję, ten łańcuch ma coś wspólnego z otwieraniem drzwi. Spróbujmy pociągnąć.
Anarin podskoczył i uwiesił się na łańcuchu. Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Elf puścił się i drzwi się zamknęły.
- Hm, nie sądzę aby dało się je przytrzymać. – mruknął.
- A ja mam pomysł. – powiedziałem i rzuciłem Muśnięcie Śniegu zawieszając bryłę lodu na łańcuchu. Ten jednak ani drgnął – dorzuciłem jeszcze jedno zaklęcie i łańcuch opuścił się. Przeszliśmy więc przez drzwi, które musiały mieć także jakiś mechanizm zegarowy, gdyż pomimo iż lód wciąż wisiał, zamknęły się.
- To próbujemy następne. – zarządziłem i dotknąłem kuli. Mgła w niej znowu się zakłębiła i otworzyły się drzwi o dziewięćdziesiąt stopni w prawo od poprzednich.
- Wchodzimy wszyscy? – zapytał ktoś z tłumu.
- Tak, nie wiadomo jakie zadanie czeka nas w środku.
Tym razem z sufitu komnaty leciała ciurkiem woda, wypływając ujściem na środku podłogi.
- Chyba trzeba sprawić, żeby woda przestała płynąć. – mruknął elf.
- Wiem jak. – odezwał się milczący dotychczas Dor. Wszyscy spojrzeli na niego jak na dziecko z dowcipu o kompociku.
- No to proszę – zaprosiłem go gestem dłoni na środek. Chłopak wyciągnął dłoń i nagle na drodze wodzie stanął mały lodowy basen wsparty na czterech nogach. Całość przypominała
wklęsły stół. Gdy tylko resztka wody zabulgotała w odpływie, drzwi się otworzyły.
- No czemu nic nie mówiłeś, że jesteś czarodziejem?
- Nie czarodziejem, tylko magiem. – skorygował Dor. – Poza tym nie było jakoś okazji.
- Dobrze, to już wszystko jasne. – ni z gruszki ni z pietruszki odezwał się Anarin.
- Wszystko co?
- Te symbole. – wskazał ręką. – Te cztery prowadzą do komnat podobnych do tych w jakich już byliśmy. Wiatr i woda już za nami, zostały jeszcze ogień i ziemia. Bardziej interesują mnie cztery pozostałe. Zwłaszcza ta gwiazda. – Wróciliśmy do głównej sali i Anarin położył dłoń na kuli. Otworzyły się drzwi pod interesującym go symbolem - ruszyliśmy do środka, Anarin i Dor na czele. Korytarz za drzwiami okazał się schodzić ostrą spiralą w dół. Z każdym krokiem odczuwałem narastające podniecenie, podobnie musieli czuć się pozostali magowie, gdyż szli szybko w dół. Pierwszy, że coś jest z nami nie tak, zorientował się Korn.
- Hej, co jest?
Dor szedł przeciągają prawą ręką po ścianie, dotyk jego palców pozostawiał szron na skale. Rozpierała mnie energia. Na pewno nie miałem ochoty się zatrzymać, o co to, to nie. Nie wiem jak widzieli to wojownicy, ale trójka magów gnała do przodu.
Korn szarpnął mnie za rękaw.
- Hej, no co z wami jest?
- No pośpieszcie się! – pogoniłem towarzystwo.
Spojrzeli po sobie, a nasza trójka pędziła naprzód. Po ramionach Anarina spływały delikatne błyskawice. Jeszcze jeden obrót spirali i doszliśmy do końca.
Była to mała, okrągła komnata z zakratowaną studnią na środku. To właśnie ta czeluść tak mnie przyciągała, Anarin zaś nieomal się do niej rzucił. Po chwili już wszyscy trzej klęczeliśmy przy kratkach wpatrując się w otchłań. W czerni migotały iskierki światła. Gdybym tylko mógł z chęcią skoczyłbym w objęcia tych ogników, ale krata skutecznie mnie powstrzymywała. Pewnie po to ją tu zainstalowano.
Pozostali wpatrywali się w nas z narastającą paniką.
- Odbiło im, czy co?!
- Odciągnąć ich?
- Wszystko jest w porządku - zaprotestowałem.
Patrząc na Anarina można by odnieść całkowicie przeciwne wrażenie, czego Korn nie omieszkał mi wytknąć:
- Zachowujecie się jak potrąceni przez T-Rexa!
- Ale nie dzieje się nic złego.
- Ale CO się dzieje?!
- To tylko... nie wiem... po prostu mnie przyciąga. Ale już nigdzie nie idę. No bo spójrzcie w dół. Czy one nie są piękne?
Korn zajrzał do studni.
- Wow... rzeczywiście ładne. Ale dlaczego tak was przyciąga? No i co z Anarinem?
Elf siedział w głębokim transie, nie reagując na Delię, która machała mu dłonią przed twarzą.
- To tylko źródło. – olśniło mnie. – Widzę je po raz pierwszy w życiu.
- Źródło?
- Takie miejsce, gdzie z głębi ziemi tryska czysta magia. Nikt nie zniesie pełnej mocy, więc dostęp jest zablokowany. Przyciąga magów. Nie powinno jednak tak mocno działać na Anarina. Jest kompletnie ogłupiony nadmiarem energii. Normalnie mag musi chwilę poczerpać zanim się nasyci i może już iść. Jego trzeba chyba będzie odciągnąć na siłę.
- To powiedzcie kiedy będzie gotowi – niepewnie powiedział Korn.
- Jeszcze chwilkę – przewrócił oczami Dor.
Minęło kilka minut. Choć iskierki dalej były przecudne, to jednak czułem się już naładowany tą pozytywną energią. Nadal chciałem tam być, ale nie czułem już przymusu. Wstałem i szturchnąłem Dora.
- Co? Już?
- Tak, idziemy.
- Jeszcze czas. – mruknął Dor. Anarin nie musiał nic odpowiadać. Wyraz błogości na jego twarzy mówił sam za siebie. Poczekaliśmy jeszcze chwilę. Wkrótce Dor podniósł się z kolan.
- To idziemy?
Elf uniósł nieco wzrok i lekko zacisnął palce na kracie. Daliśmy mu więc jeszcze trochę więcej czasu. Po dziesięciu minutach zniecierpliwienie dało o sobie znać i Korn z Liefem podnieśli go, ale już za bardzo nie protestował. Wciąż między palcami przelatywały mu małe błyskawice i miał problemy ze skoordynowanym poruszaniem nogami. Musieli go trzymać w pionie. Na włosach Dora wciąż utrzymywał się szron, a ja wciąż odczuwałem nadmierny entuzjazm, ale nie ciągnęło nas już tak z powrotem. Dotarliśmy do sali z kulą, Lief i Korn złożyli bezwładnego elfa pod ścianą.
- Poczekajmy, aż dojdzie do siebie – zarządziłem.
Trwało to kilka minut, gdy z ust elfa wydobyło się pełne podziwu:
- Ale odlot...
komentarze [21]Coś na przeżycie. >> piątek, 19 maja 2006 18:32:58
Jak pewnie zauważyliście, ani tu ani na Tamarze od pewnego czasu nie pojawiały się notki. Wtajemniczeni i członkowie rodziny wiedzą jednak, że miało to związek z moim pobytem w szpitalu. Żyję i mam się dobrze :P, choc nie było mnie równo miesiąc. Ale tak to jest z ciążą pozamaciczną:) Niestety, dziecko okazało się być nie moje, co udowodniły badania krwi (chociażby organoleptyczne ; moja krew miała wyższy wskażnik C2H5OH :)) Kończę trucie i obiecuję nową, bardziej z sensem, notkę w ciągu tygodnia.
komentarze [3]Dor >> niedziela, 2 kwietnia 2006 01:00:46
Nasz pościg za bandytami trwał trzy dni. Wiedzieliśmy, iż będąc konno wyprzedzili nas znacznie, ale ich konie były bardzo obładowane i kopyta wbijały się głęboko w miękką ziemię. Zresztą ostatniego dnia szliśmy bardzo głębokim jarem, z którego nie sposób było zboczyć. Trzeciego dnia ujrzeliśmy jak ślady nikną w ciemnej jaskini. Jako, że w zasadzie była już prawie noc, postanowiliśmy odpocząć i iść do walki ze świeżymi siłami. Oddaliliśmy się trochę od wejścia i rozbiliśmy prowizoryczny obóz. Do wart wyznaczyliśmy kupców – jako, że nie mieli być za bardzo przydatni w walce, Anarin zgłosił się rzecz jasna sam, tą trójkę uzupełniliśmy Liefem.
Coś widocznie musiało mi się przyśnić, gdyż obudziłem się w środku nocy. Rozejrzałem się, był to czas drugiej warty. Wszyscy smacznie spali. Łącznie z Peanenem, który miał czuwać. Nie powiem, trochę mnie to wkurzyło. W końcu byliśmy niemal rzec można na terenie wroga. Rzuciłem więc w niego kamykiem.
- Co... co to było!? – poderwał się jak oparzony.
- Nietoperz. – odpowiedziałem niewinnie.
- To tu są nietoperze? – wyglądał na szczerze przerażonego tą informacją. Tylko się roześmiałem i przewróciłem się na drugi bok. Rano zjedliśmy śniadanie, chwyciliśmy broń, zapaliliśmy pochodnie i wkroczyliśmy do środka.
Po jakichś dwustu metrach korytarz skręcił w lewo. Szliśmy chwilę i tunel po zakręcie w prawo otworzył się w salę. Nie było w niej właściwie nic ciekawego, za to dalej... Pierwszą oznaką, że coś było nie w porządku był wyraźny zapach krwi i surowizny. W kolejnej sali leżały trupy koni – zmasakrowane w iście niekrasnoludzki sposób. Nie zostały po prostu zabita; zostały posiekane i rozwłóczone po całej komnacie. Nie wiedziałem co o tym myśleć, a Peanen był tak blady, że zacząłem bać się o jego serce. Anarin, stojący na czele wycieczki (bo widział poza zasięgiem pochodni) ruszył jednak dalej – my za nim. Doszliśmy do skrzyżowania – poszliśmy w lewo. Odnoga w prawo – ominęliśmy ją, ruszyliśmy prosto. Po chwili okazało się jednak, że to był ślepy zaułek – drogę blokowało rumowisko kamieni. Ten korytarz musiał się zawalić jakiś czas temu. Wróciliśmy do ominiętej odnogi. Prowadziła ona do sali, która wyglądała na magazyn – było tu trochę połamanych desek wyglądających na resztki skrzynek. Z tej komnaty przejść można było do kolejnej. Tu znowu w nos uderzył mnie odór rozkładających się zwłok. Tym razem byli to jednak ludzie. Sala wyglądała na karczmę – porozlewane wino i piwo świadczyło o tym, że ten, kto dokonał tej masakry zaskoczył rozbójników w czasie pijatyki. Ciężko było stwierdzić, czy tu leżeli ci, co nas napadli – gdyż nikt nie miał jak zapamiętać twarzy tych którzy dojechali później, a po drugie, gdyż zwłoki były zmasakrowane w stopniu uniemożliwiającym rozpoznanie. Peanen, blady jak ściana, wykrztusił z siebie:
- Kto... kto mógł to zrobić?
- Wygląda na robotę dedremeli - chłodno stwierdził Anarin.
- De-co?
- Dedremele. To takie jaszczuroludy. Dwa metry wzrostu, masywne, silne - uprzejmie odpowiedział mi elf. – Nic tu po nas – zmarszczył nos. – Chodźmy dalej.
Wróciliśmy do skrzyżowania zaraz za stajnią i poszliśmy w drugą stronę. Po chwili dotarliśmy do odchodzącego w bok wejścia do kolejnej sali, skręciliśmy. Sala to okazała się być więzieniem.
- Ktoś tu jest! – okrzyk Anarina wystraszył Peanena. Rzeczywiście, w kącie celi, którą tworzyły przegradzające komnatę kraty, kulił się ktoś wystraszony. Kraty były pogięte, widać że potwory próbowały dostać się do zamkniętego człowieka. Na szczęście dla niego nie udało im się to.
- Oni... tu... wrócą. U-uciekajmy. Czarne stwory... jak noc... – jąkał się więzień - To potwory... – w między czasie Anarin pomajstrował czymś w zamku krat i te ze zgrzytem otworzyły się. Przestraszony jednak nie ruszył się ze swojego kąta.
- Spokojnie, nic ci już nie grozi – wszedłem do celi z pochodnią.
- Ale o-oni tu wrócą – mimo tego, że wciąż się jąkał, rozejrzał się nieco przytomniej. Był to młody człowiek, wyglądał na jakieś szesnaście-siedemnaście lat.
- Jak się nazywasz? – zapytała łagodnie Delia. Chłopak jednak wciąż miał obłęd w oczach. Przyjrzałem mu się bliżej – miał bardzo jasne, niemal białe włosy i niebieskie oczy. Był szczupły i nie wyglądał najlepiej – rozbójnicy go trochę poturbowali. Nie miał jednak żadnych poważniejszych ran, same siniaki.
Anarin podał mu rękę – chłopak odruchowo wyciągnął swoją i elf postawił go na nogi.
- Panie Wurn, proszę się nim zająć. Zabieramy go ze sobą. – wystraszony biedak pozwolił się pociągnąć za sobą i opuściliśmy „więzienie”.
Poszliśmy dalej, o ile moje wyczucie kierunku pod ziemią nie szwankowało, na południe. Korytarz, z wyglądającego na wykuty, zamienił się w naturalny i zaczął kluczyć. Minęło dziesięć minut, dwadzieścia, pół godziny – a tunel wciąż się wił. Z wolna były jeniec rozbójników zaczynał dochodzić do siebie i zadawać pytania.
- Kim jesteście?
- Podróżnymi, którzy przybyli tu odzyskać zagrabione dobra. A ty jak masz na imię i skąd się tu wziąłeś? – łagodnie odpowiedziała Delia.
- Jestem Dor. Rozbójnicy wzięli mnie do niewoli na trakcie. Kilka dni temu, ale straciłem poczucie czasu. Gdzie idziemy?
- A to właściwie dobre pytanie jest. – zgodziłem się z Dorem, patrząc pytająco na Anarina.
- Sądzę, że dedremele zrabowały zawartość magazynu złodziei. Trzeba znaleźć nasze towary i je odzyskać.
- I-idziemy do tych stworów? – znowu zaczął się jąkać chłopak.
- Nie martw się, z nami nic ci nie grozi. – buńczucznie stwierdził Korn.
Peanen też nie wyglądał na zadowolonego z tego faktu. Ale nic nie mówił.
Po kolejnej półgodzinie korytarz zaczął się rozszerzać. Z wolna zamienił się w wielką jaskinię, której sufit i ściany ginęły w ciemnościach.
- Trzeba wybrać którąś ścianę, bo inaczej możemy się zgubić, albo coś ominąć. – stwierdziłem.
- To po której stronie idziemy? – zapytał prowadzący Anarin.
- Prawej.
Ruszyliśmy więc po prawej stronie. Po dwóch godzinach cichego marszu, któremu towarzyszyło tylko kapanie wody, doszliśmy do przewężenia. Nie wiedziałem, czy to jaskinia się kończyła, czy to tylko jakaś odnoga. W każdym razie ruszyliśmy przewężeniem. Po chwili korytarz znów się poszerzył – kolejna komnata. Dalej szliśmy wzdłuż prawej ściany. Po dziesięciu minutach usłyszeliśmy... coś jakby śpiew. Anarin wyciągnął miecz, Korn poszedł w jego ślady. Ja od momentu wejścia do jaskiń nie rozstawałem się z młotem. Śpiew był łagodny, delikatny, kuszący... Nagle zza załomu skały wyłoniła się piękna dziewczyna... o wręcz idealnej urodzie, kobieca, delikatna, jak z porcelany. Zauroczony Lief zaczął iść w jej stronę, Anarin podbiegł jednak i szarpnięciem osadził go na miejscu. Było już jednak trochę za późno – istota skoczyła na naszego kucharza z dziesięciocentymetrowymi szponami. Elf jednak był już na to gotowy – potwór nadział się na jego miecz. Lief tylko zamrugał, tak błyskawicznie się wszystko stało. Idący z tyłu mogli jedynie odetchnąć z ulgą. Wróciliśmy do wielkiej komnaty i kontynuowaliśmy marsz wzdłuż prawej ściany. Kilka godzin później drogę przegrodziło nam jezioro. Anarin stwierdził, że nie widzi jego końca. Jako że minęło od wejścia do jaskiń kilkanaście godzin – poruszaliśmy się dużo wolniej niż na zewnątrz – stwierdziwszy, że to miejsce jest w miarę bezpieczne, położyliśmy się spać, oczywiście wystawiając warty. Tym razem bez Peanena. Tu, na terenie potworów, musieliśmy polegać na sprawdzonych rozwiązaniach.
komentarze [12]